W internecie również się upada

Się skończyło się. Gamecorner znika z sieciowego firmamentu. W czasach, gdy na twarz lecą prasowe nakłady, okazuje się, że również serwisy internetowe osiągają swój sufit. Który jednocześnie staje się dnem.

Nie będę płakał po Gamecornerze, bo to nigdy nie był mój serwis. Sierota po dawnych planach Agory, po kupieniu Polygamii zepchnięta w kąt. Coraz mniej eksponowana na stronie głównej Gazeta.pl, coraz wyraźniej w roli zapchajdziury. Oparta na autorskich spostrzeżeniach i uroku osobistym, których moc przeminęła wraz z przybyciem YouTube’a. Dziś głoszenie z ambony odbywa się za pośrednictwem kamery, nie pióra.

Finezyjny komentarz do wojny platform opublikowany przez ponoć kultowy magazyn "Secret Service"

Sławek Serafin to niebywale sympatyczny facet, z którym przy piwie można się podroczyć i pogadać o różnych stronach gier, ale jego stylu prowadzenia GC nie trawiłem. Poświęcenie się pecetowi to oryginalny kierunek i fajnie, że poszedł tą drogą, ale napuszczanie na siebie posiadaczy komputerów i konsol owocowało przykrymi flejmami. „Wchodziłem na ten serwis tylko po to, by poczytać komentarze” – napisał ktoś gdzie i trudno nie przyklasnąć. Też lubię pooglądać jak się żule biją.

Teraz serwis padł ofiarą bogactwa. Bo po co trzymać w portfolio dwa serwisy o grach? Włodarze Agory długo byli pewni swego, ale to nie nowość. Przez kilkanaście lat ramię w ramię w kioskach łypały na klienta magazyny „Ogrody” i „Kwietnik” (powaga, jedno nie zawiera się w drugim?), a brakowało chęci na stworzenie miesięcznika poświęconego grom. Cierpliwość dobiegła jednak końca – w kwietniu kopyta wywaliły oba pisemka (powstało za to nowe, dla zmyłki ochrzczone „Magnolią”), a od czerwca będzie jeden serwis o grach.

Również Polygamię dopadły zmiany. Z serwisem pożegnał się Piotr Gnyp, jego założyciel i wieloletni naczelny. Czy w obliczu tej sytuacji żałuje decyzji sprzedaży serwisu – nie wiem, być może bez wsparcia wydawcy sam odpuściłby wcześniej. Jego wkład w rozwój mediów poświęconych grom bardzo szanuję. Do metodologii informowania o grach wniósł przede wszystkim research. Zdobywał newsy, których nie miał nikt inny, węszył i wydzwaniał, by dostarczyć świetną treść. Gdzieś w tym czasie poznałem Piotrka, przez kilka miesięcy współpracowaliśmy i zaliczyliśmy szereg imprez do rana, w tym jedną taką, że gdybym musiał jej opisać, musiałyby paść słowa „wielka Meksykanka” i „źle interpretowane sygnały”.

Wracając jednak do Polygamii. Majstersztykiem był zwłaszcza breaking news o zawieszeniu konsolowego Wiedźmina. Rzecz nie do uwierzenia, tym bardziej że dosłownie kilka tygodni wcześniej w PSX Extreme pojawił się okładkowy, wielostronicowy materiał poświęcony grze. Aktywność Polygamii stanęła w gardle rynkowemu gigantowi, serwisowi Gry-Online – a żeby być precyzyjnym, administratorowi forum. Gdy umiłowanie do plotek, które ów jegomość zarzucał konkurencji, znalazło potwierdzenie w faktach, palnął przed publiką, że załoga GoL-a wie więcej, bo sama pisze informacje prasowe wydawcom. Pomijając aspekty rzetelności i bezstronności dziennikarskiej, o której pewnie kiedyś napiszę więcej, konsekwencje uderzyły z mocą wołu – wycięcie własnych wypowiedzi na forum, bany dla użytkowników, a na końcu przeprosiny administratora. Całą tę aferkę pięknie zrekapitulowali Zagraceni (gdzie – i tu historia zatacza koło – pierwszy komentarz należy do Konrada Hildebranda, następcy Piotrka na stanowisku rednacza).

Jeśli pojechanka po konkurencji i banhammer nie były oficjalnym ani prywatnym stanowiskiem winowajcy, to najwyraźniej do głosu doszedł ten drugi współcierpniętnik w schizofrenii

Smutna to wiosna – najpierw eutanazja Playa, teraz zgon Gamecornera. Dochodzi do dziwnej sytuacji, gdy na naszym ponoć na wskroś pecetowym rynku jest miejsce raptem na jeden miesięcznik o PC i aż dwa konsolowe, a serwisy poświęcone konsolom mają się lepiej od tych wyłącznie pecetowych.

Zmierzch papieru nie oznacza z definicji boomu online’u. Wciąż stoimy w dziwnym rozkroku między sytuacją, gdy nakłady maleją, ale prasa wciąż na siebie zarabia, a rosnącej jak na drożdżach sieci, która jednak nie zarabia jeszcze tyle, by stanąć samodzielnie na dwóch nogach. Na własny byt zarabiają jedynie największe serwisy o grach – zaryzykuję stwierdzenie, że policzalne na palcach jednej dłoni. A przyszłość branży w internecie nie musi być różowa. Czytelników przybywa, ale dynamika wzrostu wydatków na reklamy display spada. Z różnych powodów, o których też może kiedyś indziej. W każdym razie może dojść do tego, że sieć będzie potrzebowała definitywnego zgonu papieru, by wystrzelić w górę.

Rynek na szczęście nie podpala się i podchodzi do liczb zachowawczo. Ma w pamięci poprzednią bańkę internetową i upadek Valhalli, którego wprawdzie nie pamiętam, bo do końca lat 90. nie miałem internetu (co więcej, czytałem gazety), ale ciekawie napisał o nim Spider’s Web, nawet mimo zastrzeżeń ojca serwisu Adama Jesionkiewicza. I choć Valhalla ma wrócić, któryś zresztą raz, prędzej uwierzę w rychły powrót Piotra i Sławka. Co więcej, trzymam kciuki.

email

Skomentuj via Facebook