Vlogerzy – hajs, hajs, hajs

poniedziałek, Lipiec 9, 2012 , , , , Link 0

Każda dziedzina sztuki prędzej czy później generuje konflikt. W takim momencie należy wkleić gifa z Michaelem Jacksonem jedzącym popcorn i przypatrywać się karczemnej pyskówce osób, które do tej pory braliśmy za inteligentne.

Inteligencja to w dużej mierze umiejętność prania brudów poza zasięgiem opinii publicznej. Zakłócenia w przepływie synaps zdradzali już Englert i Janda, Błaszczykowski i Lato (tutaj sam fakt istnienia połączeń między komórkami stwierdzam nieco hurraoptymistycznie), a teraz iskrzy między vlogerami.

Nie znam się na vlogach i nie powinienem o nich pisać, postanowiłem jednak przyjąć popularną wśród vlogerów metodę – nie znam się, to się wypowiem. Stąd ten tekst.

Tego młodego vlogera warto cenić za konsekwencję, pasję i nieuleganie presji widzów. Już teraz ma 20 tysięcy subskrybentów – więcej niż wszystkie youtube’owe kanały największych polskich mediów o grach. Razem wzięte

Kim jest vloger? To człowiek, któremu wydaje się, że nakręcony właśnie filmik z nim w roli głównej jest ciekawy i warto go pokazać widzom. Do niedawna vlogerzy działali przede wszystkim z pasji, od pewnego czasu w ich działalność wpisuje się czynnik ekonomiczny, który, jak łatwo się domyślić, przyczynił się do znacznego wzrostu płodności. Jak domyślić się jeszcze łatwiej, w większości przypadków zbiegło się to z pikującą jakością.

Vlogerzy podchodzą do swojego zajęcia na dwa różne sposoby. Pierwszy zakłada wkład pracy. Człowiek nie tylko nagrywa swoje wystąpienie kamerą, ale przysiaduje fałdów nad postprodukcją – tnie, montuje, dorzuca efekty. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię widzieć, że w filmik włożona jest praca. To istotnie osładza suchary, które padają w samym materiale. Coś jak nie do końca udany dewolaj w restauracji – no kurczę, zęba na nim ukruszyłem, ale kelnerka się starała, kucharka przepraszała ze łzami w oczach, a szef restauracji wręczył przeprosinowy voucher do pobliskiego spa.

Drugie podejście zyskało na popularności niedawno – w zasadzie tuż po wprowadzeniu przez YouTube i pośredników płatnego partnerstwa, pozwalającego kanałom na udział w zyskach z reklamy. Po co bowiem męczyć się godzinami w programie do edycji wideo, skoro można nagrać materiał przy jednym podejściu i od razu go zuploadować? W tej konwencji trudno być śmiesznym, vlogerzy postawili więc na niezwykłą formę przekazu – gadającą głowę. Siedzą, gadają przez 5, 10 lub 20 minut, a widownia spija ich słowa, wystawia plusiki i pisze komentarze.

I dzieje się rzecz niewiarygodna – to pieprzenie napędza oglądalność kanału w niewiarygodnym tempie. We vlogach zdaje się nie obowiązywać zasada „too long didn’t read watch”.

Historia zatacza koło. Gdy za sprawą reality shows po raz pierwszy nie gwiazdy, lecz naturszczycy stali się solą telewizji, mieliśmy do czynienia z rewolucją. Niektóre z tych osób do dziś funkcjonują w przestrzeni publicznej i bywają zapraszane do wypowiadania się na różne tematy. O wychowaniu dzieci, seksie w jacuzzi, jedzeniu psów w Chinach i tak dalej. Wystąpienia tych nieszczęśników są zazwyczaj doszczętnie miażdżone przez internetową publikę. Dotyczy to zresztą w zasadzie aktywności dowolnego polskiego artysty, który jest w branży zbyt krótko, by zasłużyć na szacunek, i zbyt długo, by wciąż ubierać się jak szuszwol i nie budzić zazdrości przeciętnego internauty.

To samo audytorium, które nie pozostawia suchej nitki na Frytkach, Saletach i Cichopkach, dzień w dzień zasiada przed monitorem, by pooglądać wynurzenia anonimowej osoby. Czyż to nie ironia? Oczywiście jeśli vloger zacznie się lepiej (awangardowo) ubierać, uczesze się i przestanie pozować na nieboraczka uwielbiającego wszystkich widzów, to i jego dosięgnie ostrze internetowych pomyj, ale póki po powyższe środki nie sięga, wszystko jest w porządku.

Vlogerów od uczestników poprzedniej rewolucji odróżnia lepsza znajomość materii. Uczestnicy „Big Brothera” reakcję ludzi poznawali co najwyżej dzięki SMS-om – to feedback w zasadzie żaden, bez porównania z komentarzem pod filmem lub lajkiem na Facebooku. Vlogerzy odpowiadają na zapotrzebowanie tłumu i w tym kryje się ich siła. Są przedstawicielem mas w stopniu dalece doskonalszym niż nołnejmy wchodzące do domu Wielkiego Brata. Choć to wciąż nie tłumaczy, dlaczego masy chcą oglądać ich rozważania o dupie Maryni.

Na to pytanie odpowiedzieć nie potrafię. Poza możliwością utożsamienia się i przywiązującą interakcją nie widzę żadnych cech, które pozwalałyby oglądać przydługie, nudne wynurzenia o wszystkim co wokół. Przypominam, że nie piszę tu o materiałach, które mają charakterystyczną konwencję i ich przygotowanie trwa dłużej niż minutę (jak Ray William Johnson czy Niekryty Krytyk), nie mam też na myśli vlogerów zorientowanych na jedną tematykę, jak gry (Suchy Kanał) czy konkretnie Minecraft (morze autorów). Mam na myśli wyłącznie ludzi, którzy w ciągu 15 minut próbują zbawić świat.

Takim egzemplarzem jest Rock, który wygląda na szalenie sympatycznego faceta. Jego nieszczęście polega na tym, że uwierzył w to, że dobrze wygląda przed kamerą. Znam tylko jedną osobę wypadającą przed kamerą gorzej – i w związku z tym staram się przed nią nie występować, jeśli mam możliwość się wymigać. Rock siada na kanapie i zaczyna przeraźliwie nudną tyradę o wszystkim i o niczym. Nagrywając 2-3 filmy dziennie trudno strzelać co rusz nowymi pomysłami. Rock na szczęście zdaje sobie sprawę, że jego widzowie nie wymagają od świata i od siebie zbyt wiele („Kojarzycie firmę GlaxoSmithKline? Pewnie nie”). I o ile w narcyzach cenię narcyzm właśnie, w Rocku trudno go zdzierżyć – zamiast patrzeć prosto w obiektyw, bezustannie przygląda się swojej twarzy na podglądzie.

"Hej, witam was bardzo serdecznie. Ja jestem Rock, a to jest lato z Rockiem"

Niezależnie jednak od konwencji i wkładu pracy, fakt że vlogerzy tacy jak Rock zarabiają na swoich filmach jest zupełnie naturalny. Tak jak utarg dnia człowieka wciskającego na ulicy ulotki, rządzącego agencją PR i tworzącego gry. Tajemnica, która osobom wtajemniczonym wydawała się tajemnicą Poliszynela, okazała się jednak faktycznym sekretem – okazało się, że internauci nie mieli pojęcia, że vlogerzy od pewnego czasu zarabiają.

Niepokoi, że grupa docelowa youtube’owych banialuków, czyli audytorium grubo poniżej dwudziestki, rozsadza internetowy porządek w taki sposób. To już nie jest generacja „w internecie wszystko jest za darmo”. To pokolenie „w internecie wszystko jest za darmo i nikt nie powinien w nim zarabiać”. Oczywiście za kilka lat tytani rozkminy zmądrzeją, być może nawet dostaną pracę, ale póki co trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie dojrzewa pokolenie głupków.

Wróćmy do tematu zajawionego na początku. Postaci dramatu są trzy – Rock, Shogun i Rojo. Pierwszy i ostatni to gwiazdy polskiego YouTube’a, drugi aspiruje. Łatwo wskazać, który podpalił lont.

"Z Rockiem byłem kiedyś skłócony"

Filmiki również są trzy i dla porządku je podlinkuje (raz, dwa, trzy). Nie embeduję, bo autorzy dostaliby za to pieniądze. Klikać też nie powinniście, bo cenię Wasz czas, a obejrzenie ich wszystkich zajmie Wam kilkadziesiąt minut. Idąc Wam na rękę postanowiłem jednak wypisać wszystkie istotne kwestie z każdego materiału.

Shogun: „Rock zarabia kilkanaście tysięcy miesięcznie na YouTube’ie”

Rock: „W 2011 stawka wynosiła w przybliżeniu 45 dolarów za 100.000 wyświetleń, w tym roku jest 38 dolarów”

Rojo: „Shogun, fatalny research”

"Rock mógł się ze mną skonsultować, tak jak przed vlogiem o religii"

Z punktu widzenia homo sapiens sapiens nie stało się nic istotnego (no bo niby co, że dorosły człowiek zarabia na czynności, której poświęca kilka godzin dziennie?). Rocka dopadła jednak sfora internetowej dzieciarni. To konsekwencja wyboru grupy docelowej, której musi teraz stawić czoła. Minusują mu filmiki, piszą negatywne komentarze, pewnie ślą niewybredne PM-ki. Jakże bolesne musiało być oglądanie 30-sekundowych filmów na YT i zamykanie okienek z AdWordsami – zwłaszcza gdy okazuje się, że to nie YouTube, lecz i Rock na nich zarabiali.

Polski widz jest o krok od odkrycia, że reklamy w telewizji również nie lecą dla naszej uciechy. No, przynajmniej nie przede wszystkim.

To jednak bardzo ważny moment w działalności polskich vlogerów. Raczej zamyka niż otwiera drzwi do bardziej zaawansowanych działań marketingowych. Reklamodawcy coraz przychylniej spoglądają na vlogerów i chętnie sprzedadzą swój produkt właśnie ich rękami, zamiast kolejną standardową reklamą w prasie. Kominek poszedł tą właśnie drogą – z do bólu szczerego, autentycznego głosu ludu stał się korpolalusiem i testerem na usługach możnych. Doskonale, że odnalazł swoje miejsce w sieci i potrafi z tego żyć, kiepsko, że musiał przy tym zatracić pierwotne ideały.

Rock ma zupełnie inny próg startu – on się zmieniać nie musi, bo już teraz jest ciekawą platformą reklamową z morzem fanów. Zmienić się musi jednak jego publika. Skoro taką agresją zareagowała na informację o drobnych z partnerstwa, jak przyjęłaby product placement? Od tej głupiej internetowej pyskówki (z której moim zdaniem Rock z pomocą Roja i tak wyszedł obronną ręką) może zależeć przyszła działalność polskich vnudziarzy.

PS Oni naprawdę wszyscy na serio.

email

Skomentuj via Facebook