Rok gier na 100 godzin

W minionym roku skończyłem rekordowo małą liczbę gier. Nie dlatego, że grałem mniej, choć faktycznie grogodzin wypadało mniej, jako że od września nie gram już w „godzinach pracy”. Ze zmianą zajęcia pojawił się brak grania z obowiązku – pozostała już tyko i wyłącznie przyjemność. I nagle, po kilkunastu latach grania w sporej mierze w to, co akurat jest do zrecenzowania, wróciłem do metodologii, która towarzyszyła mi w pierwszych latach growej pasji – żyłuję grę tak długo, dopóki czerpię z tego przyjemność.

Czyżby po slow foodach, slow fashion i slow life przyszła pora na slow gaming? Rany boskie, mam nadzieję, że nie musimy nazywać zwyczajnych zachowań słabymi terminami.

Kilka lat temu w polskich mediach pojawiło się kilka tekstów na temat tego, jak to gracze dorośli, mają mniej czasu na granie i wybierają tytuły raczej krótkie. Od początku brzmiało to jak analiza historii, która nie ma większego pokrycia w faktach. Od zawsze potwierdzają to wyniki sprzedaży – gracz niedzielny kupuje raczej jedną grę, Fifę czy Simsy, i żyłuje ją cały rok. To gracz hardkorowy gra dużo i kupuje gier na pęczki, ale na zbyt krótkie będzie narzekał.

Dyskusja nie miała więc większego sensu i teraz, mając czasu wyraźnie mniej, również i ja nie poszedłem drogą proponowaną przez tę chybioną analizę. Zwłaszcza że w tym roku obrodziło w gry potężne objętościowo. Wiedźmin 3 – wiadomo. Grę już skończyłem do recenzji, ale gram ponownie, dokonując innych wyborów i ciesząc się światem. Z Metal Gear Solid V: The Phantom Pain jest podobnie – by zaliczyć wszystkie misje główne (z zadaniami) i poboczne, 100 godzin to za mało. Jestem więc w trakcie. Jednocześnie cały czas wracam do Destiny: The Taken King, w którym wykręciłem już pewnie z 300 godzin. To mój życiowy rekord. Nie jest zbyt imponujący, ale i nigdy nie miałem potrzeby spędzania aż tyle czasu w jednej grze. Zmieniło się to dopiero teraz. A w wolnych chwilach przegryzam Persona: Dancing All Night, Pro Evolution Soccer 2016 i Final Fantasy VII, a tych gier albo skończyć się nie da, albo koniec jawi się bardzo daleko. Ach, no i jeszcze na komórce zabrałem się za Star Wars: Knight of the Old Republic. Pogrzało mnie, co?

Co więc właściwie skończyłem w ostatnich miesiącach? Do głowy przychodzi mi tylko Until Dawn (fantastyczny, polecam), za którego zabrałem się przede wszystkim z tego względu, że nie wypada tak nie kończyć żadnej gry. Ot, zapragnąłem zobaczyć gdzieś napisy końcowe. No i Call of Duty: Black Ops 3, choć tam więcej czasu pochłonął mi tryb Zombies, którego… skończyć się nie da. Zresztą CoD, niegdyś synonim gry z krótką kampanią, miał w tym roku kampanię wyjątkowo długą, którą warto było skończyć choćby dlatego, by odblokować… drugą.

A przecież takich grywalnościowo-rozmiarowych behemotów w tym roku było mnóstwo. Za Fallouta 4 nawet się nie biorę. Sporo czasu można spędzić w Star Wars: Battlefront. Był nowy StarCraft. Xenoblade Chronicles X to mocny powód, bym kupił Wii U – i pewnie bym to zrobił, gdybym doba jakimś cudem by się poszerzyła. A były jeszcze Assassin’s Creed Syndicate i Batman: Arkham Knight, o których na pewno da się dużo powiedzieć, poza tym, że szybko się kończą. Ba, nawet przygodówki nowej ery – te od Telltale – trwają dłużej niż klasyka point’n’click, mimo że nie bardzo trzeba w nich myśleć. A nie wspomniałem o nowej wersji Divinity, Pillars of Eternity, Monster Hunter 4 Ultimate… Przypomina się starsze o rok Alien: Isolation, w którego kilku recenzjach wśród minusów wymieniano fakt, że jest zbyt długa. Rzecz niegdyś nie do pomyślenia!

Zwrot w kierunku napakowania płytki z grą zawartością jest więc ewidentny, co mnie bardzo cieszy. Nawet gry pozornie liniowe próbuje się uatrakcyjnić bonusami, dodatkowymi kampaniami, nowymi trybami. Niewiele było w tym roku naprawdę hitowych, choć krótkich gier. Do głowy przychodzą mi co najwyżej produkcje niezależne, jak Her Story.

Zatem siedzę sobie nocami i powoli dłubię. A to misję w Phantom Pain, a to zlecenie w Wiedźminie 3. Powoli do przodu. Oczywiście kupka wstydu rośnie, bo przy przeróżnych promocjach niekiedy aż wstyd nie kupić. Ale trudno postępować racjonalnie przez wszystkie z 24 godzin doby, prawda?

This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.
  • SirMike

    Złapałem się na tym, że po prostu jak w coś nie zagram przy premierze to raczej w ogóle omijam. Dzięki temu spokojnie skończyłem w zeszłym roku Dying Light, wspomnianego Batmana, Wiedźmina, MGSa i Fallouta. A teraz wskoczył mi pecetowy Dragon’s Dogma i przez kilka następnych tygodni niczego innego nie zamierzam ruszać. Gier jest cała masa, ale tych wartych uwagi, jak dobrze policzymy, jest zaledwie garstka. Na Steamie i powoli na konsolach pojawia się teraz już takie morze słabizny, że tylko te naprawdę głośne tytuły warto w ogóle rozważać do zakupu bądź późniejszego odfiltrowania. Reszta jest w zasadzie pomijalna. Do tego wystarczy sobie w ciągu roku dodać ze 3 tytuły do takich powrotów, o których piszesz: Destiny, PES, czy multik w CoD i w sumie więcej nie trzeba 🙂 Generalnie gry kupuję dopiero wtedy gdy przyjdzie mi ochota zagrać, nigdy na zapas.

  • Marek Szpak

    Warto wspomnieć jeszcze o dwóch udanych grach Avalanche, które też nie należą do krótkich. Mówię oczywiście o Mad Max i Just Cause 3.

  • Marek Szpak

    Ah, no i jeszcze Bloodborne.

  • Gdybym miał ostatnio więcej czasu to na LO w sumie napisałbym podobny tekst. Aktualnie gram w dwie gry. Wiedźmina 3 – na spokojnie delektując się światem – i Diablo 3, gdzie pierwszy raz w życiu stworzyłem postać sezonową 🙂

  • StacjaKosmiczna

    Jakbym czytał/słuchał samego siebie. A tak na poważnie, to w zeszłym roku skończyłem Dying Light, Mad Max’a, Grey Goo, kilka mniejszych tytułów i ostatnio Fallout’a 4 (okrągłe 130 godzin). I muszę przyznać, że nawet nie wiem, kiedy ten rok przeleciał…A kupka wstydu rośnie cały czas :/