O powrocie „Secret Service” na chłodno

czwartek, Czerwiec 26, 2014 , , , , Link 0

Cieszę się. Cieszę się i kibicuję. Kultowa marka, świetni ludzie, którzy wzięli się za jej reaktywację, tłumy fanów, którzy wciąż o niej pamiętają – czego symbolem 1200 lajków i ponad 160 szerów dla tekstu na Polygamii, ale i niesamowicie szybki skok dedykowanego fanpage’a (z 500 do 7 tys. polubień w kilka godzin – na taki wynik mogą zazwyczaj liczyć co najwyżej zafoliowane iPhone’y).

Jest takie zdjęcie sprzed kilkunastu lat, na którym znajduje się kilkunastu redaktorów serwisu gry.wp.pl. Przełom wieków, końcówka bańki internetowej. Medialnego giganta stać na taką redakcję, z wielką pompą organizuje galę Imperatory. W tym samym czasie „Secret Service” dokonuje żywota, dołączając do „Top Secret” i „Gamblera”. Internet przejmuje czytelników, dla papieru nie ma już nadziei. Wkrótce padnie „Świat Gier Komputerowych”, nie przyjmie się reaktywowany „Top Secret”.

W roku 2014 nawet zredukowana do kilku osób redakcja gry.wp.pl już się nowemu właścicielowi nie opłaca. Petycję próbującą przekonać go do zmiany zdania podpisują 383 osoby. Kilka tygodni później pojawia się informacja o powrocie „Secret Service”, cieszą się tysiące fanów.

Dziś serwisy o grach już się nie opłacają.
Nawet właściciel gry-online.pl próbuje się pozbyć sportalu, który gwarantuje 40 milionów odsłon miesięcznie, więcej niż reszta serwisów z czołowej dziesiątki razem wzięta. Jeśli chcesz pisać o grach, załóż pismo. Owszem, kosztuje dużo na początku, ale daje szansę na zarobek. Nowy serwis o grach na siebie nie zarobi, jeśli nie stanowi przyległości do dużego portalu. Choć i to, jak widać, gwarancją nie jest.

Branża gier jest przeszyta nostalgią. Sam jestem sentymentalny jak diabli i cieszę się z takich inicjatyw, jak Pixel Heaven, Thank You For Playing czy powrót „SS” właśnie. Spróbujmy jednak zdjąć na chwilę woal miłych wspomnień i spojrzeć na to, co reinkarnacja może ze sobą przynieść.

Za co „SS” pamiętamy? Za wiele różnych rzeczy. I trzeba mieć świadomość, że one już nie wrócą. Za „Supery”? Wolałbym już nie widzieć podobnych głupot we współczesnym piśmie. Za Listy? Dziś już ludzie takich nie piszą. Za kąciki o anime, Star Wars, Z Archiwum X? To wszystko jest w sieci. Dziś „SS” nie będzie oknem na świat i nie będzie przedstawiał zjawisk, o których czytelnik nie ma pojęcia. Za solucje, kody, tipsy? Nie, współczesne gry są zbyt łatwe, a nawet jeśli solucja się przyda, to też jest w internecie. Za recenzje? Każdy je ma. Za bijatyki opisywane przez Gulasha? Gulash nie pisał o bijatykach już w ostatnich latach Neo Plus, zresztą wystarczy rzut oka na stare „Szkoły przetrwania”, by uświadomić sobie, jak w strasznym stylu były pisane.

Powiedzmy sobie wprost: nic, za co kochaliśmy „Secret Service”, nie ma w tym świecie racji bytu. Poza logosem, czerwienią i nazwiskami.

Czas zamazuje w naszej pamięci nieprzyjemne wydarzenia i zostawia tylko te, do których miło się wraca. Dla mnie złote czasy „SS” to lata 1994-1995, okres niewinności, szaleństw, prekursorstwa. Ale to pismo ukazywało się przecież znacznie dłużej i nie ma wyłącznie pozytywnych konotacji.

To „SS” dokonywał dziwacznych roszad na stanowisku redaktora naczelnego. To tam Ola Cwalina była redaktorką naczelną 2 miesiące, by wylecieć z hukiem i zostać pożegnaną przez nowego rednacza przykrym tekstem pt. „Koniec kobiecego pisma”. To „SS” było kością niezgody między Marcinem Przasnyskim a Waldemarem Nowakiem, czego efektem było pranie brudów w każdym numerze, z finałem w postaci zmiany nazwy na „New S Service”. To „SS-owi” zarzucano, że recenzuje gry wiele miesięcy przed premierą (sic) na podstawie wczesnych wersji. Chociażby „Mortyra”, co udowadniał Piotr Pieńkowski w „Świecie Gier Komputerowych”. To dział listów w „SS” stawał się z czasem coraz większą prywatą, gdzie obrywało się konkurencji i byłym autorom.

„SS” kończył się bardzo brzydko. Już beze mnie w roli czytelnika, bo przerzuciłem się na magazyny konsolowe gdy tylko zaczęły wychodzić, czyli w 1997 roku. Nawet tu nie udało się uciec od brudów po „SS” – jeden z numerów jubileuszowych Gulash i Banan poświęcili opisowi rozkładu „SS” w wyniku działań Pegaz Assa. Z dwóch frakcji – Martineza i dużej części starej gwardii oraz Pegaz Assa z Miczem – „SS” zajmuje się ta druga. Nie sądzę, by pierwsza po tylu latach żywiła znaczną urazę, ale nie wydaje mi się też, by wszyscy starzy autorzy z chęcią wrócili na stare śmieci.

Odlukrowuję ten sielski nastrój, bo dziedziczy się nie tylko tę dobrą i fajną legendę. Od gorszych epizodów nie da się uciec, nawet jeśli dziś nie ma to większego znaczenia. Bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że „starego” „Sikreta” w tym nowym nie będzie. Co jest dobrą wiadomością. Szyld okazał się najlepszą możliwą reklamą, teraz tylko trzeba zebrać ekipę ludzi potrafiących pisać i zrobić magazyn na nowe czasy.

Oczywiście od historii odżegnywać się nie można. „Top Secret” też próbował wracać i był to powrót gorzki. Magazyn nie miał w sobie nic z magii pierwowzoru i szybko zniknął, bo kiepsko się sprzedawał. Kiepsko, czyli w jakichś kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy. Dziś Robert Łapiński i Piotr Mańkowski wzięliby tę sprzedaż w ciemno. Ich zadowoli znacznie mniej, niż wielką korporację, jest więc nadzieja, że „Sikretem” będziemy się cieszyć dłużej niż kilka numerów.

Dawne spory nie mają dziś znaczenia. Ale to, co było siłą „SS”, również. Chodzi o to, by na bazie sentymentu zachęcić do sięgnięcia po magazyn, który zaoferuje nowoczesną, jakościową treść. Dlatego czekam na dalsze informacje dotyczące składu redakcyjnego i pomysłów na pismo. Nacieszyliśmy się, powodzenia panowie, ale teraz do roboty.

email

Skomentuj via Facebook