Mój pierwszy raz na E3

niedziela, Czerwiec 3, 2012 No tags Link 0

Lada dzień targi E3. Moje szóste. Żadne nie wiązały się z takimi przeżyciami jak te pierwsze, w 2005 roku. Nie tylko dlatego, że nagle znalazłem się na drugiej półkuli i od razu się zgubiłem. Właśnie wtedy zaczęła się nowa generacja konsol, która trwa do dzisiaj, przedłużana w nieskończoność, kpiąca z żelaznej zasady 5-letniego cyklu konsol. Niesamowite było być przy jej narodzinach.

Wieść o tym, że z ramienia PSX Extreme wyruszę na targi przebyła we mnie wszystkie połączenia nerwowe w tę i z powrotem. Miotałem pioruny uszami. Oto bowiem spełniało się jedno z marzeń każdego gracza. Przez lata pochłaniałem targowe relacje w branżowych periodykach, skrycie marząc o samodzielnej wyprawie, a tu PACH – sam lecę.

Całą podróż musiałem sobie zorganizować i zaplanować sam, co dla 22-letniego studenta było sporym wyzwaniem. Trudno bukuje się bilet za 3 tys. złotych kartą kredytową z limitem 1000 zł; równie trudno płaci się taką kartą w USA, jakoś tak bowiem wyszło, że plastiki do kont studenckich były wówczas płaskie, co mocno uprzykrzało życie taksówkarzom dysponującym pradawnymi „odbijakami” do pobierania numeru karty.

Przygotowania to nie tylko rezerwacja całodobowej podróży przez ocean. Trzeba znaleźć tani hotel blisko samych targów i dobrze z nimi skomunikowany (dzięki, metro.net), koniecznie z darmowym internetem i śniadaniem. Wyposażony w mapy i wydruki ruszyłem w podróż. Przeciwności losu pojawiły się dość szybko.

Zaraz po dotknięciu stopami amerykańskiej ziemi podróżnika czeka odprawa paszportowa i pogadanka z celnikami. Taka tam wymiana życiowych doświadczeń – co robisz w życiu, co Cię tu sprowadza, gdzie się zatrzymasz. Nic, o czym nie porozmawiałbyś na przystanku autobusowym z gościem, który wskaże Ci gdzie znajduje się Park MacArthura. Przy wizie dziennikarskiej to zazwyczaj formalność.

Pech chciał, że moje lądowanie zbiegło się w czasie w z lądowaniem dziwnie wielu samolotów. Kolejka do odprawy była przeogromna i po godzinie uznałem, że nie mogę sobie pozwolić na stanie w niej, bo za godzinę mam kolejny lot. Przepraszając i puszczając zniewalające uśmiechy uderzyłem na czoło peletonu. Dalsza podróż przypominała dziką gonitwę lotniskową rodziny Kevina (tego z Nowego Jorku). Między terminalami na nowojorskim lotnisku człowiek porusza się bowiem na pokładzie kolejki, co może i jest efektowne, ale i potwornie czasochłonne.

Powtarzając manewr z eksplozją uroku osobistego przebyłem też wykrywacze metali (wtedy jeszcze dziwiło mnie, że mi piercing na bramce nie dzwoni) i z opadającymi spodniami, bo założyć na powrót paska nie było kiedy, wbiegłem na pokład samolotu w momencie, gdy zamykano bramkę.

Sporo się wtedy nerwów najadłem. Chwilę później kolejnych, gdy na LAX wylądowałem bez bagażu (nie miał niestety tyle szczęścia co ja i został w Nowym Jorku). Jako że to była mój drugi lot w życiu, a pierwszy za ocean, wszelkie procedury lotniskowe wydawały mi się dziwne i skomplikowane. Pewnie panikowałem niepotrzebnie, bo gdybym nie zdążył na lot, po prostu poleciałbym następnym – spóźnienie nie byłoby w końcu z mojej winy.

Przez kolejny tydzień Los Angeles skrupulatnie pracowało na niweczenie mojego wyobrażenia o tym mieście. W Polsce żyjemy Ameryką serwowaną przez Hollywood i tę wizję łatwo pochłaniać jako faktyczną. Ja w każdym razie naprawdę oczekiwałem wojen gangów na ulicach, aktorów przechadzających się po Beverly Hills, dziewcząt w bikini zasuwających na rolkach wzdłuż plaży Santa Monica, zatłoczonego Downtown. No i samego Hollywood – blichtru czerwonych dywanów, szpilek od Louboutina i diademów błyskających w świetle fleszy.

Tymczasem nie było nawet tych gangów.

Hollywood to nieco bardziej zaglomerowane Międzyzdroje. Hollywoodzki bulwar z Chinese Theatre i Kodak Theatre (no, właściwie już nie Kodak, bo zbankrutował) to oaza kiczu, bezguścia i straganiarstwa. Panoramę wzgórz ze słynnym napisem psuje jakiś cudaczny gzyms z siedzącym na nim słoniem. Po drugiej stronie słynnej ulicy stoi jednopiętrowy rząd sklepów i lokali gastronomicznych, z których każdy próbuje się jakoś wybić – a to figurą dinozaura pożerającego zegar, a to paskudnymi malowidłami niepodobnych do siebie Marylin Monroe, Humphreya Bogarta i Audrey Hupburn.

Hitem Hollywood Boulevard są niby-Oscary – malowany na złoto badziew udający nagrodę filmową. Czy to nie Hollywood w imię interesów filmowców zapoczątkowało kampanię na rzecz uchwalenia SOPA i ACTA? Cóż najwyraźniej setki podróbek w sklepach tuż obok im nie przeszkadzają. Nie brakuje też sklepów typu mydło i powidło. W jednym z takich kupiłem PSP na kilka miesięcy przed europejską premierą z niedorzecznie drogim Wipeout Pure (70 dolarów!). To kolejny koszt frycowego, które płaciłem jako zaoceaniczny debiutant.

Nie lepiej jest w Downtown. Nie ma tam nic poza kilkoma nijakimi wieżowcami. Tzw. dzielnica jubilerska to szereg odpychających witryn z błyskotkami, a przybytki gastronomiczne wyglądają gorzej niż buda z zapiekankami przy dowolnym polskim dworcu.

Santa Monica? Z rolkarkami w bikini? Gdzie tam. Elegancki trawnik ciągnący się wzdłuż plaży, pełen powyginanych od wiatru pniaków, w całości zaanektowali bezdomni. Śpią gdzie popadnie, kompletnie nie przejmując się turystami. Na butwiejącym molo w Santa Monica stoi też słynny diabelski młyn, na który strach wsiąść, a Bubba z „Forest Gumpa” doczekał się licencjonowanej knajpy z krewetkami.

Wystarczy jedna wizyta w Los Angeles, by całkowicie pozbyć się kompleksów wynikających z mieszkania w Polsce.

Zanim zacząłem je tracić, zdążyłem się zgubić. Pomysł był sprytny – zabukować na jeden dzień hotel blisko lotniska, by nie jeździć za dużo po nocy (co okazało się mądre z uwagi na zagubiony bagaż), a na właściwe miejsce pobytu udać się dzień później. Po nocy przespanej w przeogromnym i śmiesznie tanim apartamencie ruszyłem z wydrukowanymi mapkami na podbój komunikacji miejskiej. Rychło okazało się, że linie autobusowe na schemacie oznaczają wyłącznie tabor miejskiego przewoźnika – w rzeczywistości każda „dzielnica” ma przynajmniej jedną dodatkową firmę świadczącą usługi przewozowe. Na próżno szukać na przystankach numerów autobusów innych firm, można też zapomnieć o rozkładzie. Nawet na rozkładach miejskich busów jest tylko ogólna informacja, że np. 02 w godzinach 9-16 jeździ co 20 minut. Super, ale pojechał 19, czy 2 minuty temu? Przy następnej wyprawie dowolnym polskim tramwajem pomyślcie, jakimi jesteście szczęściarzami.

Dwoje Amerykanów bardzo mi pomogło w dalszej wędrówce – obaj wskazali ten sam autobus jako ten, który dowiezie mnie w miejsce przeznaczenia. Dziwnym trafem sugerowali jednak przeciwne kierunki. Wsiadłem więc w najbliższy autobus (ech, słodkie czasy bezistnienia smartfonów i GPS-ów w komórkach). Kontrolna lampka zapaliła się po godzinie drogi, gdy wokół zabrakło budynków. „Lepiej wysiądę”, przeszło przez myśl, i wyskoczyłem na jakimś pustkowiu, który świetnie nadawałby się na dowolny film drogi.

A na przystanku siedział Banan. Krzysiek z Neo Plus. Nigdy nie mieliśmy okazji się poznać, a w tamtych czasach PE i N+ toczyły szczeniackie wojenki na szpilki i przezwiska, niemniej wyjścia nie było – oto poznaliśmy się, tysiące kilometrów od domu. Krzysiek bardzo mi pomógł w dotarciu z powrotem do cywilizacji i pokierował do biura turystycznego, dzięki czemu od tego czasu gubiłem się już bardzo rzadko.

A jak samo E3? Kiedyś napiszę więcej o kulisach tego, co dzieje się na imprezie. Póki co niech przemówią zdjęcia.

Skomentuj via Facebook