Jak hartowała się książka „Nie tylko Wiedźmin. Historia polskich gier komputerowych”

Czyli jak napisałem, wydrukowałem i sprzedałem książkę, próbując być dystrybutorem, DTP-owcem, marketingowcem, PR-owcem i cholera wie kim jeszcze. I o dziwo nie wyszło źle.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy wpadłem na pomysł napisania książki o historii polskich gier. Wiem za to, w jakich okolicznościach. 5 lat temu zacząłem pochłaniać anglojęzyczne wydawnictwa zahaczające o temat gier. O historii Nintendo, upadku Atari, rozwoju Segi. Amerykanie na niedobór publikacji narzekać na pewno nie mogą.

Co innego my, w Polsce. Brak fachowej literatury na temat historii polskich gier był głównym powodem, który pchnął mnie do napisania własnego opracowania. Polskie kino i muzyka doczekały się stosów leksykonów, antologii i innych pozycji. A nasze gry, których sława w przeciwieństwie do obu powyższych już dawno przekroczyła Odrę i które rozkochały w sobie pół świata, wciąż ich nie mają. Wciąż pokutowała opinia, że gry to „tylko Wiedźmin”.

E-book pojawił się kilkanaście dni po premierze papierowej wersji

E-book pojawił się kilkanaście dni po premierze papierowej wersji

Czas start

Znalazłem właśnie plik Google Doc datowany na 5 kwietnia 2011 roku. To w nim zadałem pierwsze pytania Maciejowi Miąsikowi, twórcy m.in. Electro Body, rozpoczynając mozolną zabawę w zbieranie informacji. Gdybym wiedział, jak obszerną materię biorę na barki – być może bym się nie zdecydował. Mimo dobrej pamięci o czasach LK Avalon, Mirage czy MarkSoftu, nie sądziłem, że aż tyle polskich studiów stworzyło przez ostatnie 30 lat aż tyle gier. W pliku excelowskim założonym w celu ułatwienia sobie pracy wypisałem sobie grubo ponad 500 pozycji – a i to licząc bez hitów na komórki czy flashówek.

To była fascynująca podróż. Jak szukałem gier? Przewertowałem furę klasycznych magazynów o grach – od „Komputera” i „Bajtka”, przez „Top Secret” i „Secret Service”, po „CD Action”, wypisując polskie gry i informacje o nich. Później szukałem wieści na ich temat w Google’u i przetrząsałem MobyGames. Następnie próbowałem odnaleźć samych twórców, co zazwyczaj było problematyczne. Jak bowiem odszukać człowieka, który 25 lat temu stworzył jedną, jedyną grę? Jeśli nazywał się Kowalski czy Nowak, sprawa była z góry przegrana. Jeśli jednak nie… Szukałem człowieka kolejno na NK.pl, Facebooku, Linkedinie i Goldenlinie. Jeśli opis zdradzał programistę lub kogoś związanego z komputerami, było już blisko. Ale niekiedy nie obywało się bez porównywania zdjęć – z wywiadu sprzed lat na przykład w „Top Secrecie” z tym bieżącym. Włosów mniej lub siwe, zmarszczek więcej, ale budowa nosa i oczy… tak, to on! I już mogę pisać z prośbą o rozmowę. CSI: Nie tylko Wiedźmin.

W trakcie tych 4 lat bywało wiele tygodni przerwy i blokady twórczej. Ale nawet wtedy starałem się coś robić – zazwyczaj szukałem starych gier i grałem w nie, szukając smaczków, nawiązań, ciekawostek, na których można oprzeć historię. Często z rozpędu je przechodziłem – stare przygodówki zestarzały się godnie, czy mowa o Teenagencie, czy Sołtysie. Pisanie to w końcu dużo zabawy.

O powstającej książce wiedziało kilku znajomych (oraz oczywiście twórcy, których na bieżąco przepytywałem), ale publicznie nie informowałem o niej aż do ostatniej prostej, gdy na początku 2015 roku ujrzałem na horyzoncie możliwy finisz. Dotąd po prostu zbierałem materiały – a dotarcie do jednej osoby zazwyczaj oznaczało zdobycie kontaktów do dwóch kolejnych, więc niczym w drzewie genealogicznym sieć kontaktów mocno się rozrastała – a teraz nagle zobaczyłem realny finał. Dlatego ostatnie miesiące były wyjątkowo ciężkie. Pisałem przed pracą, po pracy, łącząc to z opieką nad młodocianym potomkiem i próbując nie zaniedbać narzeczonej. Do teraz, kilka miesięcy po premierze, trudno mi się przyzwyczaić do wolnego czasu, który mam wieczorami.

Skąd tytuł?

Dlaczego „Nie tylko Wiedźmin. Historia polskich gier komputerowych”? To pierwszy tytuł, który wpadł mi do głowy. Wiedziałem, że chcę w nim Wiedźmina. Z różnych względów. Po pierwsze dlatego, że to jedyna tak rozpoznawalna gra przez polskich „niegraczy”. Na wskroś polska i pod względem treści, i korzeni. Po drugie, chęć, by książka wyskakiwała w wynikach wyszukiwania w sklepach, gdy klient szuka rzeczy związanych z tą postacią. Ale to nie tak, że wykorzystałem Wiedźmina na dziko (hm…). Dogadałem się z SuperNową i CD Projekt RED, upewniając się, że nie mają problemów z pojawieniem się Geralta w takim tytule. Raz jeszcze dzięki.

"Nie tylko Wiedźmin" gotowy do wysyłki

„Nie tylko Wiedźmin” gotowy do wysyłki

 

Było za to zupełnym przypadkiem, że książka ukazała się w idealnym marketingowo terminie – kilka tygodni przed premierą Wiedźmina 3. Jeszcze pod koniec zeszłego roku nie celowałem w konkretną datę i choć powoli zbliżałem się do końca prac, nie brałem pod uwagę, by premiera książki korelowała z premierą gry. Jeszcze w grudniu mówiło się wszak o tym, że Wiedźmin 3: Dziki Gon zadebiutuje 24 lutego. Tymczasem 8 grudnia 2014 roku gruchnęła wieść, że premierę przesunięto na maj… i byłem pewnie jedyną osobą w Polsce, która z tego powodu się ucieszyła. To oznaczało bowiem, że zdążę z premierą książki przed pojawieniem się gry.

Wydawca? Zdecydowanie nie

Wielu znajomych było zdziwionych, że żaden wydawca nie chciał wydać mojej książki. Byli zdziwieni jeszcze bardziej, gdy mówiłem im, że nigdy tego nie chciałem. Od samego początku byłem nastawiony na selfpublishing i w żadnym momencie nie brałem pod uwagę współpracy z wydawcą.

Powody były trzy. Po pierwsze, żadne wydawnictwo książkowe nie zna rynku gier lepiej ode mnie. Nie zna serwisów, ludzi je tworzących, forów dla graczy, innych książek o grach. Czyli raczej błądziliby po omacku próbując „Nie tylko Wiedźmina” wypromować. Po drugie, przy mizerii rynku wydawniczego mógłbym pewnie w efekcie liczyć na drobne na colę. Po trzecie – i najważniejsze – najważniejsze przy tym projekcie (poza możliwością opowiedzenia o zjawisku, które potwornie mnie kręci) było to, bym się czegoś nauczył o nowym dla mnie rynku.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ile biorę sobie na głowę.

Nie chciałem wydawcy również dlatego, że nie brałem pod uwagę sprzedaży książki w księgarniach. Uznałem, że gra nie jest warta świeczki – przy tych wszystkich mrożących w żyłach historiach o praktykach Empiku nie miałem ochoty się w to pchać tylko dla samego splendoru obecności na półkach. Poza tym wychodziłem z założenia, że temat mimo wszystko jest na tyle niszowy, że zainteresuje tylko osoby, które na co dzień lubią czytać o grach. Targetem (co widać po treści) były osoby, które mają miłe wspomnienia z growego dzieciństwami, z polskimi grami w szczególności. A plan na to, jak do nich dotrzeć, akurat miałem.

W przerwach od pisania kolekcjonowałem wiedzę na różne tematy powiązane z książką, spisując obserwacje w pliku zatytułowanym „Plan działania”. O różnych formatach książki. O różnych typach papieru i okładki. O zdobyciu numeru ISBN, bardzo ważnej sprawie, bo między innymi zmniejszającej podatek VAT z 23% do 5%. O łamaniu i składaniu. O tajemnicach edytorów tekstu, z przenoszeniem tekstu w wierszu na czele. O tym, skąd zdobywa się fonty i dlaczego tak trudno ustalić ich autorów. O tym, czy lepiej grzbiet kleić i zszywać. O tajemnicach pdf, mobi i epubie oraz tym, gdzie i za ile można weń przekonwertować plik, gdy nie da się rady samemu. O pluginach do WordPressa, które pozwolą założyć własny sklep, by sprzedawać w nim książkę. O pluginach umożliwiających afiliację z blogerami i youtuberami. O możliwych patronach medialnych. O zasadach dotyczących sprzedaży książki w innych miejscach. O zasadach przechowywania bazy z danymi osobowymi. I o egzemplarzach obowiązkowych, bo jak się okazuje, każdy wydawca jest zobowiązany wysłać kilkanaście egzemplarzy swojej książki do kilkunastu bibliotek w całym kraju. Ot, dla potomnych. W Niemczech wystarczą bodaj trzy.

Nauczyłem się naprawdę dużo, ale przecież wszystkiego nie byłem zrobić w stanie. O narysowanie okładki poprosiłem Michała Śledzińskiego. Koncepcji było kilka (wrzucałem je na fanpage’a książki), stanęło na „selfie” wykonanym z ręki Geralta. Resztę okładki wysmażył Rafał Sroczyński, siła napędowa Fakes Forge.

Jedna ze śledziowych koncepcji okładki

Jedna ze śledziowych koncepcji okładki

 

„Nie tylko” dojrzewa

Już wcześniej podjąłem decyzję, że nie będę korzystał z crowdfundingu. Zacząłem prace nad książką zanim jeszcze poznaliśmy to pojęcie i postanowiłem zostać przy podejściu „starej daty”. Zbyt wiele brudu zebrało się ostatnio wokół polskich projektów na Wspieram.to i Polak Potrafi. Nie chciałem być zalany kolejnym przypływem fali hejtu po „Secret Service”, zależało mi na dobrej atmosferze wokół tak ważnego dla mnie wydarzenia. Skoro wcześniej zakładałem, że książkę sfinansuję sam – tak zrobiłem.

O tym, że istnieje taka książka jak „Nie tylko Wiedźmin. Historia polskich gier komputerowych” i niedługo wyjdzie, poinformowałem krótko przed jej ukazaniem się. Trochę nauczony doświadczeniem wydawców gier, którzy ogłaszają swoje projekty wiele lat przed premierą, a one później nigdy nie oglądają światła dziennego. A trochę „na wszelki wypadek”, bo miałem już zbyt wiele projektów, które nie zakończyły się realizacją.

Zebrałem maile do dziennikarzy growych, technologicznych, blogerów i vlogerów. Przygotowałem pierwszą w życiu informację prasową – dotąd to ja je dostawałem w liczbie kilkudziesięciu dziennie – i wysłałem w świat.

Doszła może do trzech osób, o czym dowiedziałem się dużo później. Gdzie w bazie adresów zamiast średnika postawiłem przecinek (a może na odwrót?) i program nie zauważył kolejnych dziesiątek maili. Odzewu zatem nie było. Byłem rozczarowany aż do momentu, kiedy zdałem sobie sprawę z błędu.

O książce napisałem też na Facebooku, założyłem jej fanpage’a. I ze zdumieniem obserwowałem, jak wielu fanów się na nim pojawia. Po kilku godzinach było już 1000 – prawie 2 razy tyle, co przez 2 lata zebrałem na fanpage’u Open Bety. Po upływie kolejnej doby było już 2000. Sporo jak na jedną książkę. Ucieszony z faktu, że historia polskich gier jednak kogoś interesuje, ruszyłem do „prac wykończeniowych”.

Brak czasu sprawił, że nie miałem kiedy zabiegać o publikację informacji prasowych czy oferowanie swojej skromnej osoby do wywiadu. Ale okazało się, że media same zainteresowały się tematem. W końcu za chwilę wychodzi Wiedźmin 3 – ludzi zaczęło interesować, skąd wzięły się polskie gry, bo mogłoby się wydawać, że nasze sukcesy są nagłe. Choć i tak nigdy nie udało mi się ustalić, w jaki sposób informacja o książce dotarła aż tak daleko.

"Nie tylko Wiedźmin" hartował się m.in. na Spider's Web

„Nie tylko Wiedźmin” hartował się m.in. na Spider’s Web

 

Jako pierwszy o wywiad poprosił Spider’s Web, po starcie zamówień przedpremierowych rozmowa pojawiła się na CDP.pl i Gadżetomanii, później również na serwisach growych, Gamedocie, PPE, Gramie. Zaskoczenie przyszło, gdy książką zainteresował się mainstream. Pojawiłem się pogadać o książce w audycji Muzo.fm, byłem w radiowej Czwórce i Polskim Radiu 24. Przy okazji wypowiedzi o Wiedźminie 3 dla „Wydarzeń” na Polsacie podpisano mnie jako autora książki. Do youtubowej publiczności udało się dotrzeć między innymi dzięki materiałowi NRGeeka. Były entuzjastyczne recenzje Olafa Szewczyka w „Polityce” i Wojtka Orlińskiego w „Dużym Formacie”, dodatku do „Gazety Wyborczej”. Jeden z czytelników doniósł mi nawet, że o książce mówiła Karolina Korwin-Piotrowska w programie „Magiel towarzyski”. O tak dużej promocji mogłem wcześniej pomarzyć – bardzo miło było odczuć, że ktoś na tę książkę czekał i jej zawartość jest dla kogoś interesująca.

Gruntowanie

Premierę poprzedziło główkowanie nad własną sprzedażą, bo rdzeniem sprzedaży miał być niniejszy blog. Po przetestowaniu serii pluginów e-commerce’owych byłem bliski dać za wygraną – żaden nie działał tak jak należy, gryząc się z layoutem bloga bądź sprawiając problemy innego rodzaju. Wtedy kolega zasugerował platformę Shoplo i to zdecydowanie ułatwiło temat. Zgrabny, szybki w konfiguracji, oferujący wszystkie niezbędne opcje (no, prawie – ostatecznie musiałem zrezygnować z afiliacji dla blogerów i vlogerów) i kilka szablonów.

Co ważne, Shoplo miało do dyspozycji kilka przydatnych wtyczek. Po pierwsze, eProducts, dzięki któremu mogłem też wprowadzić do sprzedaży ebooka. Po drugie, Elektronicznego Nadawcę, zintegrowanego z usługą Poczty Polskiej – co pozwalało drukować nalepki z adresem klientów. A do tego doszła umowa z Przelewy24, dzięki której mogłem przyjmować płatności przy niewielkiej prowizji. Skromna liczba sposobów płatności wynikała z tego, że inne obsługujące ten temat firmy mnożyły formalności i papierkologię. Jeśli ktoś więc chciał płacić PayPalem – przepraszam za brak tej możliwości.

Ogrom roboty wiązał się z wysyłką. Zwłaszcza na samym początku – gdy przyszło wysłać zamówienia i później, gdy w sieć poszła fama, że Kosman nie spieprzył książki i warto ją kupić, co wiązało się z drugą falą zamówień. Siedziałem z siostrą przez dwie noce z rzędu i pakowaliśmy książkę w folię babelkową, w kopertę, naklejaliśmy adresy, a w dzień targaliśmy kilogramy książek na pocztę, wydając na wysyłkę tysiące złotych. Ale w takich sytuacjach czuje się magię, to ulotne „once in a lifetime”, więc powodów do narzekań nie miałem. Wręcz przeciwnie! Zwłaszcza że panie na poczcie widząc stosy przesyłek wcale nie odegrały klasycznych sfochowanych „pań na poczcie” – wręcz przeciwnie, chętnie pomogły, a w trakcie nadawania miło sobie pogawędziliśmy.

Uporanie się z wysyłką nie zamykało tematu. Dzięki Brand24 na bieżąco kontrolowałem, kto i gdzie pisze o książce. Widziałem, jak zasięg strzelał w górę, gdy informację o niej wrzucił na swój fanpage Filmweb (obok PSX Extreme i Polygamii patron medialny – raz jeszcze dzięki za pomoc!). Miałem wgląd we wpisy na Facebooku i Twitterze, fora i serwisy – wszędzie, gdzie pojawiało się pytanie o książkę (na przykład gdzie ją kupić albo dlaczego ten fajans źle wydrukował stronę 424), pojawiałem się próbując pomóc. Hej, jestem selfpublisherem, zależy mi na kontakcie z ludźmi – żaden ze mnie zadzierający nosa pisarz chowający się za agentami. Fajnie było celebrować wydanie właśnie w ten sposób, przez bezpośredni kontakt z ludźmi, którzy zechcieli „Nie tylko Wiedźmina” kupić.

Z Marcinem Sońtą w porannej audycji Radia Zet. Kosmos!

Z Marcinem Sońtą w porannej audycji Radia Zet. Kosmos!

 

Premiera

Jak pewnie wiecie, książka jednak znalazła się w księgarniach. Wbrew pierwotnym planom i mimo braku wydawcy. Szefowa jednego ze sklepów z e-bookami zasugerowała kontakt z dystrybutorem i dała na niego namiar. Dystrybutorem, czyli pośrednikiem między wydawcą a księgarniami. Bo z największymi księgarniami owszem, skontaktowałem się dla świętego spokoju, oferując książkę do sprzedaży i ciekaw odpowiedzi. Albo ich nie dostałem, albo odpisano mi, że nie zajmują się współpracą z selfpublisherami (żeby się zaraz dinozaury nie obudziły z ręką w nocniku). Skoro już miałem kontakt do dystrybutora, to co mi szkodzi się z nim skontaktować? Dowiem się czegoś więcej o rynku wydawniczym, zorientuję się co specjaliści sądzą o temacie mojej książki. Poszedłem na spotkanie.

Okazało się, że dystrybutor był bardzo zainteresowany współpracą. Wiedział, że gry są na topie, a pierwsze tak obszerne opracowanie o historii polskiego rynku wydawało się łakomym kąskiem. I choć i on zazwyczaj nie współpracuje z selfpublisherami, uczynił wyjątek.

Miałem dużo szczęścia. O ile mogłem samodzielnie sprzedaż książkę za pośrednictwem kilku e-księgarni (przede wszystkim CDP.pl, który miał dokładnie takiego klienta, jakiego szukałem, i który zrobił świetną robotę promując „Nie tylko Wiedźmina”), dotarcie do Empik.com i na szeroką skalę do wielu innych punktów sprzedaży byłoby zadaniem wykraczającym poza moje możliwości czasowe. Współpraca oznaczała też jednak ryzyko, którego wcześniej chciałem uniknąć. Nakład trzeba było podwyższyć kilkukrotnie, a przy niewielkiej wiedzy o ilościach sprzedaży książek (zwłaszcza tego typu), była to w dużej mierze ruletka. W dodatku kosztowna. I niebezpieczna, bo podatki z faktury za sprzedaż książki (i to pełnego nakładu) dystrybutorowi musiałem zapłacić od razu, a ewentualne pieniądze miałyby do mnie spłynąć dopiero po 6 miesiącach. Zamrażałem więc sporą ilość gotówki i płaciłem taki podatek, jakbym sprzedał 100% nakładu. A wiadomo, że to się raczej nie udaje.

Ta Jadłonomia!

Ta Jadłonomia!

 

Nie wiem jeszcze, jak sprzedał się „Nie tylko Wiedźmin” w tych punktach sprzedaży. Mógłbym zapytać, ale wolę poczekać do października i rozpakować przedświąteczny prezent. Jestem dobrej myśli, bo skoro Empik wprowadził książkę na półki w sklepach, to dlatego, że dobrze sprzedawała się w sklepie internetowym (gdzieś tam nawet dryfowała w książkowej topce). A co by nie mówić o Empiku, moment, gdy zobaczy się książkę na półkach sklepu, to bardzo miła chwila. Zwłaszcza dla selfpublishera, któremu udało się to trochę przypadkiem i nie zapłacił „półkowego”.

Takich miłych chwil było zresztą więcej. Cieszyłem się z każdego zamówienia znajomych i nieznajomych, zdjęcia na Facebooku czy Twitterze, każdej opinii (zwłaszcza że w zasadzie wszystkie były pozytywne, co najwyżej z uwagami – z wieloma się zresztą zgadzam, zwłaszcza tą dotyczącą braku indeksu, ale długo by tłumaczyć). Niektórzy kupowali nawet i po 5 książek, dla znajomych i pracowników.

Jednym z najmilszych przeżyć były odwiedziny… postaci z gry. Dziewczyny, która użyczyła swojej twarzy w jednej z najlepszych polskich gier. Jakoś tak się złożyło, że poczta nie dostarczyła zamówienia tam gdzie powinna, dostałem zwrot i żeby zaoszczędzić czas klientka wpadła po odbiór osobisty. „Chwila, przecież ja tobą grałem!” – wpadło mi do głowy, ale uznałem, że chyba nie powinienem mówić tego na głos. Kupiła książkę ukochanemu. Pozdrawiam oboje!

Co dalej?

Nie planuję kolejnej książki. Mam jeden pomysł, który kręci mnie równie mocno jak ten już zrealizowany – to pozycja o historii japońskich gier. Ale przy nieufności japońskich twórców, barierze językowej, kosztach podróży i czasie, który musiałbym to włożyć – to pozostanie tym niezrealizowanym marzeniem.

Zresztą limit ziszczonych marzeń w tym roku i tak już przekroczyłem :)

 

Marcin Kosman

Książkę w wydaniu papierowym lub cyfrowym kupisz TUTAJ

email

Skomentuj via Facebook