Gdy grę promuje pedał

I choćby wysłać tysiąc prasówek, i zlecić PR milionom mrówek, to celebryty w promocji nikt nie zastąpi, foto w kobiecej – oto jest profit.

Tak pewnie pisałby dziś Julian Tuwim, gdyby nie przyszło mu żyć w czasach, gdy pożyteczna działalność miała więcej sensu. Swoich następców artystów zapewne elegancko zakasowałby kilkoma rymami, gdyby zobaczył, jak nisko upadła upadła definicja osoby tworzącej ku uciesze ludu.

Gdy dystrybutor ogłasza nazwiska znanych osób użyczających głosu w dubbingu nowej gry, reakcje są umiarkowane – raz bardziej, raz mniej entuzjastyczne, w zależności od personaliów. Mniej wysublimowane komentarze pojawiają się, gdy gwiazdy grzeją się w blasku fleszy przy okazji premier gier czy konsol. W zasadzie właściwsze będzie stwierdzenie, że to gry i konsole grzeją się w ich blasku – w końcu to znane osobistości za kilka uśmiechów do kamer kasują jeśli nie przelew, to przynajmniej konsolę na własność. Wystarczy przyjść, wyglądać ładnie i stanąć na tle ścianki.

A potem zdjęcia trafiają na serwisy o grach i zaczyna się jatka w komentarzach:

Nienawidzę tego łoza!!! (Afromental w Uprising 44; Polygamia)

AfroMENDY wypierdalać! (Afromental w uprising 44; Polygamia)

pedał janiak i reszta ferajny Boże zlituj się nad nami i sprowadź POTOP 2.0 (viral PS Vita z Janiakiem i Prokopem; PPE)

co ten fajniak pedzio tu robi!!? (viral PS Vita z Janiakiem i Prokopem; PS3Site)

Tej starej blachary nie trawię ale grę na 100% kupię,bo poprzednie były super. (Janda w Uncharted 3; Gry-Online)

Bardziej wulgarne wpisy redakcje starają się usuwać na bieżąco, więc zostały popłuczyny.

Nienawiść jest zawsze przykrym zjawiskiem, ale naprawdę przykre jest to, gdy nie ma ku niej powodów. Wówczas idzie pod pachę z zawiścią. Internetowych półgłówków nie mam zamiaru usprawiedliwiać, po dostaniu się do gimnazjum lub dorwaniu mniej frustrującej pracy nawet oni nabiorą sympatii do życia, natomiast mogę zrozumieć ich racje.

Przede wszystkim czują się solą tego rynku. Kupują konsole i gry, żyją nimi na forach internetowych, kupują koszulki z ulubionymi bohaterami, poświęcają każdą wolną chwilę na zabawę z grami, a pokonanie bossa na Insane jest dla nich równie satysfakcjonujące, co dla celebrytki obnażenie cycka w CKM. Czują się (słusznie) aktywnym uczestnikiem rynku. Dla nich powstają gry.

I oto widzą, jak dystrybutor wydaje ich pieniądze. Na to, by Przemysław Saleta mógł poboksować do kamery. By Rafał Mroczek mógł ściemniać, że jest tu z innych pobudek niż dla kasy. By Marcin Prokop mógł poudawać większego gracza, niż jest w rzeczywistości.

Rozumiem, że komuś, kto gry kocha, może zrobić się przykro. Nie pojmuję natomiast, dlaczego od razu musi pędzić z nienawiścią na forum internetowe. Ale nie rozumiem wielu zjawisk na tym świecie.

Rozumiem za to intencje dystrybutorów. Każda znana twarz na premierze gry zwiększa szanse na ekspozycję w prasie. Nie w CD Action czy PSX Extreme. W Gali, Party, Show, Twoim Stylu i Vivie. Że co, że magazyny dla kobiet? Że grupa docelowa średnio atrakcyjna? Już nie. Gry kupują rodzice, często bez elementarnej wiedzy na ich temat. „Patrz, Krystyna Janda podkłada głos w jakiejś grze!”, woła do męża (z kuchni, hyhy). „Zobacz, ten bokser bez nerki skacze przed ekranem z córką!”. OK, nazwijmy to zdobywaniem elementarnej wiedzy. Steczkowskiej wypadnie sutek na premierze Kinecta? Trudno wymarzyć sobie o lepszą promocję, bo o sprawie niesfornej piersi (z kamerką w tle) napiszą jutro absolutnie wszystkie serwisy plotkarskie.

Gdy Microsoft wprowadzał Xboksa 360 do Polski, sondował temat „twarzy Xboksa”. Pytano tu i tam, kto by się nadawał i nawet wówczas, w 2006 roku, przed epoką Pudelka i jego klonów, trudno było wskazać kogoś, kogo gracze mogliby zaakceptować i polubić. Tak, tak wówczas myślałem – że najważniejsza jest opinia graczy. To MS pierwszy otworzył się na casuali i osiągnął sukces. Gdybym dziś usłyszał podobnie pytanie, mógłbym zasugerować wyłącznie sportowców. To ludzie, którzy coś osiągnęli i cieszą się powszechną sympatią. Być może również środowisko hip-hopowe by się nadawało, ale taka kooperacja niweczy ich podstawowy atut – autentyczność. Na pewno jak ognia unikałbym piosenkarzy, aktorów i ludzi szwendających się od bankietu do bankietu – czyli dokładnie tej reprezentacji, po których co rusz sięgają nasi dystrybutorzy.

Nie zmienia to faktu, że wyzwanie celebryty od pedała spływa i po celebrycie, i po firmie która zaprosiła go na pokaz. W momencie, gdy zdjęcie gry (koniecznie z widocznym logosem i nazwą) ukazuje się w magazynie docierającym do 0,5 miliona osób, hejterzy mogą sobie pedałować do woli i nikogo to nie ruszy.

Można biadolić, że kiedyś było PlayStation Experience i Xbox Fun Day, ale nie oszukujmy się – te imprezy, przy całej palecie zalet, promocyjnie dawały niewiele. Co Microsoftowi daje zaproszenie 1000 osób gdzieś w góry, poza budową wizerunku? Poza stronami o grach nikt o tym nie napisze. Rozstawianie dziesiątek standów z grami nie opłaca się SCEP-owi tak, jak wynajęcie do dubbingu kilku znanych osób.

Polskie oddziały MS i Sony to wciąż oddziały właśnie. Z celami do zrealizowania i normami do osiągnięcia. Firmy niezależne mają znacznie szerszą paletę możliwości i nie wahają się z niej korzystać. Spójrzmy na CD Projekt, który robi fenomenalną robotę z punktu widzenia gracza. Doskonałe ceny (również konsolowe) Wiedźmina 2, fura bonusów w kolekcjonerce, darmowe kopie zapasowe dla obu Wieśków, przeprosinowa koszulka za problemy przy premierze, darmowe DLC etc. Bratni Gog.com też wie, jak zwiększyć zasięg i wykonać plan – darmowy Fallout zboostował oglądalność strony do niespodziewanych rozmiarów. Niezależność ma swoje zalety.

Sam nie przepadam za celebrytami promującymi gry, bo nie ma w tym zjawisku choćby cienia autentyzmu. CHoć są wyjątki. Łozo z Afromental gra na X360, Czesław Mozil również jest zapalonym graczem – mimo tego na pierwszym nie pozostawiono suchej nitki, gdy pokazano jak nagrywa dubbing do Uprising 44. W Polsce trudno dobrze i oryginalnie wyglądać, a przy tym zdobyć szacun na dzielni. Jeśli masz kolorowe buty, to prawdopodobnie jesteś pedałem. Tru gamer ma bluzę z kapturem albo wyciągnięty sweter, a problemy rozwiązuje w męski sposób – pisząc komentarz w internecie.

Lud sprzed ekranów (wciąż zwany „internautami”) oddziela od znanych osobistości nieprzekraczalna granica. Nie da się inaczej, jeśli ci pierwsi wciąż harują by móc korzystać z rozrywki, a drudzy dostają ją za darmo albo z dopłatą.

W ten sposób płacimy cenę za to, że w gry grają wszyscy. Ci, którzy grają od zawsze nie są głaskani tak jak kiedyś. Bo grać będą i starać się o nich już nie trzeba. Teraz celem są ci, którzy albo nie wiedzą że są graczami, albo nie wiedzą w co grać.

Elektroniczna rewolucja nas Wisłą pożera swoje dzieci.

Skomentuj via Facebook