Film, który mnie zawiódł. Recenzja „Spectre”

sobota, Listopad 7, 2015 , , Link 0

Bondowska saga z Danielem Craigiem prawdopodobnie dobiegła końca. Spectre zamyka kwadrylogię z blondwłosym Jamesem, spinając wszystkie wątki w całość, która kupy trzyma się średnio. I nawet niespecjalnie musi, wszak to Bond, ale popełnia też grzechy na wielu innych polach, a tych już tak łatwo wybaczyć się nie da.

Poprzednie przygody Agenta 007, z „Casino Royale” na czele, kapitalnie odświeżyły skostniałą, zastaną w zakurzonych smokingach serię. Czar i elegancję zamieniły na intensywną akcję i brak okrzesania. Właśnie w tę odnogę sensacyjne kino głównego nurtu skręciło 10 lat temu, a Bond podążył za nim i mu się to opłaciło. Zamiast filuternego uśmiechu dostaliśmy Jasona Bourne’a z wyższych sfer. Wciąż pozostaję pod dużym wrażeniem, jak z miernego scenariusza „CR” – ludzie, tam przecież MI-6 walczy z przestępcami delegując Bonda do wygrania w karty z głównym bankierem tych złych! – sprawnie zmontowano tak niezwykle porywający, idealnie wyważony film.

Potem było już trochę słabiej, bo „Quantum of Solace” nie bardzo miało sens i cel, a w „Skyfall” twórcy zapomnieli, czy robią film, czy świętują rocznicę cyklu, mnożąc kolejne ukłony względem poprzednich części serii. Ale oba oglądało się przyjemnie. Przy „Spectre” ta przyjemność znika gdzieś w połowie filmu. Co wręcz szokuje, bo scenariuszowo to bodaj najlepszy Bond z Craigiem. Ale, parafrazując piłkarskie porzekadło, „papiery nie grają”. Kto więc zawinił? Przede wszystkim Sam Mendes.

Dość powiedzieć, że „Spectre” to w zasadzie powtórka intrygi ze „Skyfall” – program 00 przestaje być ważny, sekcja powinna przestać istnieć, a M udać się na emeryturę – no ale działają sobie dalej, tyle że w innym miejscu. Brzmi znajomo? No właśnie.

Każda scena w „Spectre” wydaje się za długa o jakąś 1/4, każda ma dwie wymiany zdań za dużo. Ich grzechem jest to, że niewiele wnoszą. „Co byś zrobił, gdybyś nie zabijał?” – pyta Lea Seydoux. „Nie wiem” – odpowiada James Bond, ciach, kolejna scena. Lepieniu nowego charakteru Bonda poświęcono 4 filmy, ale zapomniano dodać „przepisy wykonawcze”, czyli kwestie, które pozwolą samemu Bondowi przeistoczyć się w kogoś z czymś więcej niż bicepsami. To już George Lazenby w swoim pojedynczym epizodzie stworzył bardziej świeży wizerunek 007. Craig robi co może, ale sytuacji nie ułatwia mu fakt, że scenarzyści pozwolili mu na emanację uczuć wyłącznie mową ciała.

No i ci źli. Wymieniłbyś z pamięci, drogi czytelniku/droga czytelniczko, czymże zawinili źli panowie w filmach z Craigiem? Jakie grzechy mieli na sumieniu? Cóż takiego zrobili Mathieu Amalric i Javier Bardem? Wątpię, bo ich motywacje ginęły w cieniu akcji. Ale po „Spectre” braku tej naiwności trochę mi już brakuje. Bo Blofeld to zły już jest na pewno, złe ma intencje i robi złe rzeczy. I nawet w starym, niewidzianym od lat stylu oprowadza Bonda po swojej twierdzy, nieświadom, że skończy się tak, jak kończy się od 50 lat.

Christoph Waltz niestety kompletnie nie pasuje do roli. U Tarantino budził lęk, tu jest śmiesznym człowieczkiem z wysuniętą szczęką. Gdzież mu do Madsa Mikkelsena czy Bardema. To nie wina aktora, raczej miernie napisanej roli.

To pierwszy kamyczek do ogródka Sama Mendesa. Tak jak mało smaczna scena miłosna z drewnianą Monicą Bellucci. A i dobór Lei Seydoux nie zachwyca, zwłaszcza gdy pół filmu spędza z miną jakby taksówkarz pierdnął w samochodzie wioząc ją na Mokotów.

Wspomniałem o tym, jak Blofeld oprowadza Bonda po swojej hacjendzie, a to tylko jeden z wielu akcentów, które najbardziej ze wszystkich filmów z Craigiem zbliżają go do tradycyjnego charakteru serii. W końcu Moneypenny ma już biureczko pod gabinetem zajmowanym przez M, schronisko w górach rodzi skojarzenia z Alpami z „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”, a doskonała sekwencja otwierająca słusznie może kojarzyć się ze sceną otwierającą w Nowym Orleanie w „Żyj i pozwól umrzeć”. To największy atut „Spectre” – po bourne’opodobnych filmach wreszcie Bond w prawdzie bondowskim stylu.

Wracając jednak do tego, co w filmie nie zagrało. Osobnym rozdziałem jest partactwo wszystkich tych ludzi na ekranie. Siedziba Spectre, które ma kamerę w każdym zaułku światu, wybucha gdy Bond strzeli w zbiornik z… czymś. To najbardziej absurdalna i żenująca scena filmu. Ale pal licho złych, przynajmniej się starają. Prawdziwą tragedią są działania Bonda i MI-6. Oto beztroski agent próbuje rozpieprzyć helikopter w środku tłumu. Sama agencja zaś kompromituje się już od „Casino Royale” – od genialnego pomysłu walki z mafią przez próby zebrania karety z waletów, przez brak sprawdzenia współpracowniczki Bonda, czyli do Vesper (taki tam łatwy do przeoczenia drobiazg – ktoś porwał jej chłopaka i ją szantażuje), przez pozwolenie na 1) rozwalenie jednej siedziby; 2) shakowanie drugiej, 3) ucieczkę Silvy, 4) zastrzelenie 007 zamiast zbiega; 5) przywrócenie Bonda do służby wbrew wynikom testów; 6) wyciek listy agentów, po śmierć pani odpowiedzialnej za wszystko powyższe. Judi Dench powinna podać się do dymisji. Bond zresztą też, po swoim genialnym pomyśle, by zabrać M w miejsce, gdzie będzie się bronić wyłącznie starą dubeltówką.

Śmieszne jest też napinanie brytyjskich muskułów w samym „Spectre” i przedstawianie Zjednoczonego Królestwa jako inicjatora akcji Nine Eyes szpiegującej wszystko i wszystkich. To rozbudowana wersja faktycznie istniejącego Five Eyes, na które światło rzucił Edward Snowden, a w którym karty rozdaje tylko i wyłącznie rząd amerykański, łamiąc przy okazji wszelkie prawa człowieka. „Spectre” się po tym temacie raptem prześlizgnął, a szkoda. Plus jednakowoż za podjęcie tematu.

Pewnie mruczycie pod nosem „Rany, ale się czepia, a to Bond przecież”. Nie, to już nie jest ten baśniowy Bond, któremu można było wybaczyć wszystko, w którym Connery mrugał okiem, a Moore popadał wręcz w slapstick. Miło obserwować, jak przez 4 filmy rozwija się smak Jamesa i jego gust w kontekście alkoholi – od „Do I look like I care?” na pytanie o sposób przygotowania drinka po recytowanie precyzyjnej receptury, ale to akurat fan service. Od właściwej esencji mamy prawo wymagać więcej. Skoro porzuca się strukturę baśni, rosną wymagania.

Jednak Mendes jako gość, który miał nadać Bondowi ludzki wymiar, zawiódł. Nie twierdzę, że zostawienie Kevina Campbella po „Casino Royale” coś by dało (zwłaszcza że kilka później nakręcił koszmarnego „Green Lanterna”), ale to znamienne, że człowiek, który w „American Beauty” uchwycił naturę amerykańskiego społeczeństwa, ma problem w nadaniu charakterologicznych rysów dość prostej przecież konstrukcji agenta z licencją na zabijanie. O stworzeniu naprawdę przekonującej istoty przestępczej kliki nie wspominając (na tym przejechało się też ostatnio „Mission Impossible: Rogue Nation”).

Nie sądzę też, by ktoś odniósł wrażenie, że intryga we wcześniejszych filmach była związana z organizacją Spectre. To raczej desperacki chwyt twórców, by sprawić wrażenie, że te filmy tworzą jednak jakąś całość. Ale w momencie, gdy sprowadza się to do stwierdzenia Blofelda „To byłem ja!”, trudno w to uwierzyć. Zwłaszcza że najciekawszą w tym wszystkim postać Pana White’a trochę w „Spectre” zmarnowano.

Pewnie wesoło byłoby zakończyć ten tekst sformułowaniem „Mr. Bond, I expected you to die”, ale wcale na to nie czekam. Wręcz przeciwnie, formuła miniserii powiązanych fabularnie (bardziej niż w przypadku filmów z Craigiem), każdorazowo z innym aktorem, bardzo do mnie przemawia i chętnie zobaczyłbym powtórkę. A w przyszłości – raczej tej dalszej – równie chętnie zobaczę w roli bardziej tradycyjnego Jamesa Henry’ego Cavilla, który zawodowo prezentował się w garniturze w „Kryptonim U.N.C.L.E.”.

Ocena: Dwa dzióbki Daniela Craiga na pięć

Skomentuj via Facebook