Co Neo Plus zrobi ze swoją kopią Resident Evil 6?

sobota, Wrzesień 1, 2012 , , , Link 0

Wczoraj internet obiegła elektryzująca news o przedwczesnej „premierze” Resident Evil 6. Takie newsy zawsze elektryzują, a teraz elektryzują z mocą suszarki wrzuconej do wanny, bo rzecz dzieje się w Polsce. Sklep w Poznaniu wszedł w posiadanie niemieckiej wersji gry (choć z polskimi napisami) i nie zastanawiając się wiele zaczął ją sprzedawać. Maszyna ruszyła.

Sprawę opisało Neogo.pl i zostało globalnym bohaterem dnia, bo o sprawie napisali wszyscy na świecie. Powstaje jednak pytanie – co dalej?

Ekipa Neo+ deklaruje jasno – oprócz jednego, już dostępnego materiału nic więcej publikować nie zamierza. Cytat ze strony:

Jest jeszcze jedna ważna sprawa – współpracujemy z wydawcami i szanujemy ich. Nie będziemy spoilerować gry, ani nie możemy umieszczać więcej materiałów.


Autor N+ wszedł w posiadanie gry zupełnie legalnie. Poszedł do sklepu i kupił. Teoretycznie nie musi mieć wiedzy, kiedy gra wychodzi i może z nią później zrobić co mu się podoba. Wina leży w całości po stronie Capcom. Albo firmy, albo pracownika – nieistotne, w każdym razie sprawa jest tak gruba, że cokolwiek N+ z tą płytką by nie zrobiło, Japończycy powinni gryźć się w wargi, język i wszystko inne. To oni dali ciała.

Ale N+ nie chce.

Recenzji do magazynu i tak nie zdążyliby wrzucić, bo premiera nowego numeru na dniach. Ale jest przecież jeszcze Neogo.pl. Ponad miesiąc do premiery gry – ileż można by przez ten czas zrobić! Materiały o każdym elemencie gry z osobna, solucja, walki z bossami na najwyższym poziomie trudności, speedruny, wideorecenzja. Niezbadane są wyroki YouTube’a i niewykluczone, że filmy szybko by zniknęły. Ale przecież to tylko jeden z wielu kanałów docierania do czytelnika i widza. W jakiejkolwiek formie te materiały by się ukazały, zlecą się tłumy fanów Residenta z całego świata. Niech oglądają reklamy, niech klikają, niech o N+ będzie głośno. Pewnie, że przełożenie na sprzedaż numeru niewielkie, ale właśnie tak tworzy się markę i rozpoznawalność, tak się robi marketing.

No ale nie chcą.

Wiadomo, dlaczego nie chcą. Przez wzgląd na współpracę z Capcomem. Byłoby fajnie z RE6, a potem? Żadnych propozycji ekskluzywnych wyjazdów na pokazy gier. Żadnych prasowych, wczesnych wersji. Może i ban na wysyłkę gier promocyjnych, choć to akurat najmniejszy problem. Dziś czytelnicy zobaczyliby ostatniego bossa z Residenta, ale przez kolejny rok lub dwa nie przeczytaliby w piśmie nic, czego inni nie mieliby dużo wcześniej. A Capcom to przecież fajna firma i jako jedna z niewielu w Japonii wciąż robi gry na najwyższym poziomie.

Jakakolwiek egzaltacja przedwczesną premierą mogłaby oznaczać dla N+ same przykrości. Ujmijmy to w krótkich żołnierskich słowach – szantaż, zemsta, mściwość. Wydawcy nienawidzą, gdy media próbują zrobić coś samodzielnie. Dają po głowie, gdy ktoś złamie embargo. Pieklą się, gdy pismo opublikuje screenshoty, których miało nie publikować. Grożą wysokimi karami finansowymi, gdy w recenzji pojawi się spoiler, o którego uniknięcie proszono w dokumencie NDA. Piszą skargi do YT, gdy kanał opublikuje film, który przypadkiem wyciekł. Skarżą się najwyższym władzom w wydawnictwie lub koncernie medialnym, gdy strona opublikuje materiał, którego nie powinna.

To jednostronne kreowanie rynku. Media mają niewiele do gadania. Muszą podporządkować się datom i kolei wydarzeń zaplanowanej przez wydawcę. Czwarta władza? Dobre sobie. Dziennikarskie śledztwo? Ha, ha. Dochodzi do kretyńskich absurdów. Regularnie. Takich jak wttedy, gdy serwis internetowy dostaje datę embargo na recenzję gry wysłanej przez wydawcę. I musi czekać. Czeka nawet wtedy, gdy gra pojawia się w sklepach kilka dni przed premierą i wszyscy w nią grają. Wtedy warto mieć jaja i tekst publikować.

Wielcy rynku mogą sobie niekiedy na embargo gwizdać. Bo co zrobi im wydawca, gdy opublikują recenzję dzień wcześniej? Nie mogą ot tak sobie zrezygnować z największego magazynu czy sajtu na rynku. Historia zna wiele podobnych przypadków, również w Polsce. Zna też taki sprzed wielu lat, gdy polski oddział dystrybutora do spółki z pewnym medium opublikowali recenzję na kilka dni przed światowym embargo, bo magazyn miał nieprzekraczalne terminy w drukarni. A żeby w centrali się nie dowiedziano… wyłączono stronę internetową pisma.

Trudno decyzji ekipy N+ nie rozumieć. Wynika z myślenia do przodu. To zbyt małe pismo na walkę z wydawcą, a akurat Capcom rękami Cenegi reklamuje się u nich gęsto. Zniknięcie tych kilku stron z reklamami mogłoby oznaczać przykre konsekwencje. Z dużymi niech się kopią duzi.

Skomentuj via Facebook