Co dalej z Neo Plus?

poniedziałek, Lipiec 23, 2012 , , , , Link 0

Śmierć przyszedł tą wiosną i siecze kosą na lewo i prawo. Ciemne chmury zebrały się też nad Neo Plus, ale czy to na pewno początek końca zasłużonego magazynu?

Najpierw zrekapitulujmy:

Lipcowy numer Neo Plus nie ukazał się. Magazyn ma wakacyjną przerwę i ma wrócić do kiosków wraz ze zwiększeniem liczby subskrybentów na kanałach popularnych vlogerów, czyli we wrześniu.

– Podobny numer (poprzez brak numeru, taka gierka słowa) pismo wywinęło już w kwietniu – wówczas numer kwietniowy nie ukazał się w ogóle, a numer majowy pojawił się w kioskach 18 kwietnia.

– Kolejna, obsuwa miała miejsce miesiąc później – numer czerwcowy ukazał się 28 maja.

Tym sposobem pismo straciło jeden numer w roku. No, przynajmniej wydawało się, że straciło – teraz traci całe wakacje.

Przerwa wakacyjna w cyklu wydawniczym nie jest niczym nowym. Dawno temu magazyny z lubością wrzucały na okładkę podwójną numerację i wydawały numer lipcowo-sierpniowy. Również Neo Plus. Później okazało się, że na tym zabiegu wbrew pozorom są stratne, bo wprawdzie autorów opłacać nie trzeba, ale stałe etaty, czynsz i inne rachunki same się nie zapłacą. Poza tym czytelnikowi warto o sobie przypominać regularnie, nawet mimo tego, że wydania wakacyjne sprzedają się zazwyczaj słabiutko.

No dobrze, ale dlaczego w ogóle taka sytuacja ma miejsce? Co  sprawiło, że magazyn ma problemy?

Wydawanie papieru to dziś ciężki kawałek chleba. Playbox zwinął żagle przy sprzedaży 20 tys. egzemplarzy, Click w momencie zgonu miał nawet większą. Nie sądzę, by sprzedaż N+ przekraczała znacząco połowę tej pierwszej liczby. Punkt krytyczny jest jednak za każdym razem inny, a u N+ był naprawdę nisko. Trudno bowiem o większą oszczędność w działaniu niż w tym przypadku. Pismo powstawało ostatnio rękami dwóch osób – Gulasha i Miela (edit: niesłusznie pominąłem niebagatelny wpływ Faxa). Od grafiki i layoutu, przez korektę i redakcję tekstów, po rozmowy z reklamodawcami, dystrybutorami, drukarnią, kolportażem, wypełnianie papierów, kontakty z autorami etc. – czynności, które w dużych wydawnictwach rozkładają się na co najmniej 5 par barków, tutaj w całości wykonywały dwie osoby.

Takie tam, z Barcelony (z Gulashem i nieumiejętnie kamuflowaną wciągniętą paellą; 2006)

Trudno o mniejsze koszty tworzenia 100-stronicowego miesięcznika, zwłaszcza że jakby tego było mało, duet zapełniał tekstami nawet i pół numeru pisma. Jeśli ten model stał się nierentowny, to gdzie jeszcze można ciąć wydatki?

Ale zaraz… a jeśli wcale nie stał się nierentowny?

Powodów słabnącej kondycji wcale nie trzeba szukać w sytuacji ekonomicznej. Gdyby tak było, to nie byłoby żadnego „po wakacjach”. Pismo plajtuje i już, nie da się uratować tonącego rzucając mu koło jak go fala wyrzuci na brzeg. A jednak nadzieja dla czytelników wciąż się tli.

Być może dość ma już sam Gulash. Jak już napisałem, papier to ciężki chleb. Comiesięczna mordęga wiąże się z wieloma niekoniecznie fajnymi sytuacjami. Rynek mamy jaki mamy – często nieprofesjonalny. Reklamodawcy nie zawsze płacą faktury regularnie, ale już drukarnia na opóźnienia w przelewach zgody na pewno nie wyrazi. A nasz system podatkowy każe odprowadzać VAT nawet od tych faktur, które nie zostały jeszcze opłacone. To pierwsza z brzegu sytuacja, z którą trzeba się borykać w tym biznesie. A chłopaki pisali coś ostatnio zdaje się o pękających rurach w redakcji, więc jak widać, może być gorzej.

W takich okolicznościach Gulash dostaje posadę zastępcy redaktora naczelnego w „Maximie”. Martwi się wyłącznie o precyzyjnie określone obszary magazynu, pensyjka co miesiąc, płaci wydawca, od wszystkich wymienionych wyżej czynności jest już ktoś inny. A redaktorem naczelnym jest stary, dobry znajomy, który świni na pewno nie podłoży – Krzysiek Papliński.

Historia zatacza koło, robiąc przy tym troll face. Gulash i Banan lata temu założyli Neo, a później Neo Plus, przez lata działali dla dobra polskiego rynku gier. Dziś, po wielu latach, znów działają razem – ale już z grami na dalszym planie…

Jak dalekim? To wyjaśni się po wakacjach. Nie da się ciągnąć dwóch srok za jeden ogon – nie przy tylu obowiązkach, ile Marcin Górecki brał co miesiąc na głowę. Oskarżenia o ucieczkę z tonącego okrętu to jednak potwornie słabe zagranie, zwłaszcza jeśli dokonywane z perspektywy internetowego komentatora. Po tylu latach można się wypalić, a ambicje nie muszą iść w parze z interesem, zwłaszcza gdy ma się rodzinę.

Na dodatek ptaszki ćwierkają, że ostatnio faktycznym rednaczem N+ (bo Gulash ustawia dziewczęta do sesji w „Maximie” już od pewnego czasu) był Mielu. Te same ptaszki dodają półszeptem, że na zmianę w stopce się nie zgodził, bo przy problemach N+ raczej głupio by wyglądało, gdyby po 2-3 miesiącach nowej fuchy pismo poszło z dymem. Aż głupio to do CV wpisać, co?

Powrót po wakacjach to jednak opcja bardzo, bardzo zła. N+ wysłało wyraźny sygnał do rynku – panowie, z nami źle się dzieje. Reklamodawcy przenoszą budżety gdzie indziej (kampanie planuje się daleko do przodu). Jeszcze większym problemem mogą być okładki, które również są negocjowane na wiele miesięcy przed – ta okładka za ekskluzywny materiał z tego, ta za pierwszą reckę tamtego etc. Neo wypada z tej karuzeli negocjacji, bo wydawcy nie mogą czekać. Wielki papa, centrala zza oceanu, zleca tyle i tyle zadań rocznie – przykładowo 3 okładki dla swoich gier – i normę trzeba wyrobić. Neo zamyka sobie drogę do ciekawych opcji na jesieni. W skrajnie złej sytuacji przyjdzie wrzucić na okładkę grę według własnego widzimisię, co ostatnio miało miejsce na rynku lata temu. Piękne czasy, gdy covery zdobiły takie cuda jak Sonic, Pokemony, Jersey Devil czy Spice Girls…

Sytuacja jest więc patowa, bo N+ wciąż dryfuje, ale nie bardzo widać ląd. Dziwne, że Gulash nie sprzedał magazynu, gdy ten jeszcze wychodził regularnie – ten manewr udał się w przypadku PSX Extreme i AD Music, a w tym przypadku to inwestor znalazł pismo, a nie na odwrót. Jeśli cały czas trzyma N+ w garści, to jaki ma nań plan? (Gulash, jeśli to czytasz, rozpatrz moją ofertę nabycia marki za symboliczną złotówkę. Lepiej ja niż nikt)

Nie jesteśmy w Stanach, więc fani Neo+ nie zorganizowali akcji na rodzimym odpowiedniku Kickstartera, by ratować kilkanaście lat tradycji. Jesteśmy w Polsce, więc komentarze na neogo.pl toną od pokrzepiających wpisów typu „Daliście dupy, od dziś kupuję konkurencję”. Spora w tym zasługa polityki informacyjnej, którą krytykowałem w przypadku Playboxa (biedni czytelnicy wciąż wierzą, że kolejny numer wyjdzie, bo Bauer nie raczył poinformować ich na fanpage’u magazynu o odłączeniu respiratora); tu jest niewiele lepiej. Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak bardzo nie docenia się energii własnej społeczności.

Za powrót ekipy po wakacjach, jaki by nie był, trzymam kciuki. N+ zbyt wiele dało rynkowi, by tak po prostu sobie zniknąć. Zwłaszcza że zgon w momencie, gdy pismo jest najlepsze w swej historii, byłby po prostu beznadziejnie absurdalny.

PS Żeby nie było, że „Maxim” to jakaś kraina dobrobytu – sprzedaż 27 tys. egzemplarzy przy 126 tys. nakładu nie rokuje zbyt dobrze.

email

Skomentuj via Facebook