Błędy, półprawdy i dobre teksty. „Secret Service” wrócił

W końcu dotarł. „Secreta” zdążyłem już właściwie przeczytać, zanim doczekałem się go w skrzynce. Ale miło, że wreszcie do mnie z niej zamachał, bo stara, czerwona konwencja okładki i żółte logo z błyskawicą wcale nie zestarzały się tak, jak sugeruje szefostwo pisma forsując białe nie-wiadomo-co.

Wcześniej czytałem głównie to, co powszechnie krytykowano na Facebooku i w z tego względu obraz „SS” miałem w oczach faktycznie marny. Po przeczytaniu całości stwierdzam, że magazyn dzieli się na dwie niemal równe połowy – złą i dobrą. I tą pierwszą zajmę się najpierw.

To co złe

Szczególnie przykre jest dla mnie cenzurowanie jednego z felietonistów. Mirek Filiciak w swoim tekście wykorzystał cytat z rozmowy Bartosza Tritta, wicemistrza świata w FIFA 12, z Polygamią. Cytat rzecz jasna opatrzył nazwą serwisu, z którego go zaczerpnął, tymczasem w druku… Polygamia zniknęła. Zdziwiony był autor i szybko przeprosił Pawła Kamińskiego, który z Bartoszem rozmawiał. Redakcja uznała, że cytat wziął się z powietrza i nie trzeba go oznaczać.

Secret Service

Cóż, „Secret Service” deklarował, że chce mieć lepsze treści niż w internecie, a to najwyraźniej metoda na pokazanie światu, że w internecie nie ma nic, co warto przytaczać. Pismo nigdy nie było arbitrem elegancji w relacjach z innymi mediami, więc brak manier kompletnie mnie tu nie dziwi, choć sam zawsze nawołuję do honorowania źródła. Trudno o lepszy dowód na strach/niechęć/zawiść do konkurencji.

Okładka sugeruje, że pismo ma exclusive na The Vanishing of Ethan Carter, co jest niewybrednym kłamstwem wciskanym czytelnikom. Ciekawe o tyle, że również „stary” Sikret dość mocno epatował exclusive’ami, ale najwyraźniej gdzieś po drodze autorzy zapomnieli, co to znaczy. A znaczy tyle co materiał, którego nie ma nikt inny. Ethana dawno już wszyscy mają i zrecenzowali, więc gdzie ten exclusive? I mała podpowiedź: polski tytuł gry jest od dawna znany, szkoda że w piśmie jest tylko angielski.

Pismo zaczyna się jednak od dziwacznej relacji z Gamescomu. Nie przeszkadza mi, że ukazała się 1,5 miesiąca po fakcie, śmieszy natomiast sposób, w jaki jest napisana.

Młodzi ludzie stoją, a jak się zmęczą, to już tylko siedzą. Przez cztery lub pięć godzin. Wszystko po to, żeby przez kwadrans pograć w gry, które ukażą się za dwa, pięć, osiem miesięcy. To wielka zagadka o podłożu społeczno-psychologicznym.

W rzeczy samej, niezrozumiałe jest, że młodzi ludzie przyjechali na targi gier pograć w gry.

W tym roku nastąpiła medialna rewolucja, w efekcie czego już podczas pierwszego dnia prasowego w halach roiło się od nastoletnich dziennikarzy.

To znaczy jaka rewolucja?

Strefa retro nie pojawiła się w ogóle.

Nieprawda, strefa retro jest na Gamescomie co roku, na co dowody są choćby tu i tu
, ma 1000 metrów kwadratowych powierzchni i wręcz onieśmiela liczbą komputerów, konsol i gier. Najwyraźniej nie trzeba być na targach, by wiedzieć, co na nich jest. Można też być i nie wiedzieć.

W tłumie krążą skupiające spojrzenia hostessy, a czasem wręcz dymiące erotyzmem tancerki egzotyczne – na krańcowo wysokich obcasach i w skąpych majteczkach, ledwo opinających im pupy. To dość niesamowity widok. Nie wypadało robić zdjęć (…).

Jeśli „SS” miał przywrócić klimat połowy lat 90., to to się udało, bo wtedy również o targach pisało się w taki sposób – w końcu nikt poza redaktorami nie miał szansy ich zwiedzić. Dziś, kiedy na Gamescom można dojechać z Polski w kilka godzin albo zwiedzić całe targi na YouTubie, taki styl co najwyżej bawi. Podobnie jak obawa przed robieniem zdjęć, przypominająca tę z cytowaniem innych mediów. Z tekstu dowiadujemy się też, że Techland robi Dead Island 2.

Secret Service

Później mamy absurdalny wywiad z Jimem Ryanem z SCEE, zwiastowany tekstem „Jako jedyny polski dziennikarz zostałem dopuszczony przed oblicze Jima Ryana, prezesa SCEE” i opatrzony znaczkiem exclusive. Z tego, co mi wiadomo, propozycję wywiadu z Ryanem miała każda duża polska redakcja i żadna nie miała na to czasu, zwłaszcza że takie wywiady (co widać również po tym) nic nowego do wiedzy czytelnika nie wnoszą. Jeszcze bardziej zdumiał mnie tekst: „Wiem, że mam tylko 20 minut i że ze względu na rangę osoby, z którą będę rozmawiać, nie wypada zadawać „nietypowych” pytań”. Rany boskie, ktoś tu nawet nie próbuje być dziennikarzem? Wywiadu nie robi się dla rozmówcy, ale dla czytelników! I choć wiem, że z takich rozmów zazwyczaj nie wynika nic ciekawego, to można przynajmniej zadać trudne pytania. Tak jak zadał je Łukasz w naszym wywiadzie. Zabawne, że rozmawialiśmy z Ryanem we wrześniu, a wcześniej w czerwcu, a Sikret tytułuje swoją rozmowę jako exclusive…

Piotr Mańkowski ożywił też Jacka Tramiela, pisząc:

Nie jest to co prawda przypadek Jacka Tramiela, który w ogóle nie rozmawia z dziennikarzami (…)

Może dlatego, że od 2 lat nie żyje? Dodatkowym smaczkiem jest to, że słowa padły pod śródtytułem „Żadnych zmartwychwstań…” Po autorze książki o historii gier komputerowych można by się spodziewać wiedzy o takich wydarzeniach, zwłaszcza że samemu Tramielowi poświęcił tam kilkanaście stron. Nie chcę się jednak nad takimi błędami znęcać – mogą zdarzyć się każdemu, a w internecie z oczywistych względów można je poprawić w 5 sekund. Ale skoro obiecano jakość lepszą niż gdziekolwiek indziej…

Szokująco jest w dziale recenzji. Nie chodzi o to, że recenzowane są gry sprzed roku, bo to da się obronić – niech wybór będzie autorski, co komu w duszy gra. Nie chodzi też o to, że nie ma ocen, bo to bardzo dobry, odważny wybór, zwłaszcza że wbrew czytelnikom, którzy z chęcią ujrzeliby w oceniaczce „miodność”. Chodzi o wołającą o pomstę do nieba jakość tych tekstów.

W recenzji Broken Sword są 3 akapity o poprzednich częściach serii, czwarty o zbiórce na nową, piąty o gatunku przygodówek, szósty o grafice, a siódmy o muzyce. Ósmy… Ósmego nie ma, nie wiemy więc, ile warta jest fabuła, czy dają radę zagadki, czy gra odnosi się do poprzednich części serii. Tym samym tropem idzie tekst o Race the Stig – New York, gdzie pół objętości zajmują rozważania, kim jest prawdziwy Stig. Ludzie, recenzje służą do pisania o grze, a nie o wszystkim innym. Po dziale najlepiej widać, jak bardzo wypadli z obiegu ludzie, którzy gier nie recenzowali od 10 lat, zwłaszcza na tle dinozaurów, którzy cały czas pozostawali czynni i mieli gdzie trenować (np. Godus Sir Haszaka).

To co dobre

Trochę skrytykowałem, ale chcę być fair, więc napiszę również o tym, co mi się w „SS” podobało. A trochę tego było. I jak to zwykle bywa, najlepiej wypada publicystyka. Bardzo ciekawy tekst o tym, jak przywracano do życia „Secret Service”, unikalny materiał o ranczu George’a Lucasa (chciałoby się dłuższy, nawet i 8-stronicowy tekst z większą liczbą informacji). Z przyjemnością przeczytałem artykuły o Wolfensteinie, Sierze i XCOM-ie. Potem są teksty zupełnie zbędne i wtórne („5 dziewczyn, które wpłynęły na historię gier”), ciekawe (o namiotach na Księżycu i mrokach Teotihuacan) i Hansie Klossie. Choć najlepsze są i tak trzy strony o starociach Bartka Kluski, dostępne w specjalnym wydaniu „SS”. Tuż obok 5 stron z nazwiskami wspierających, które miały się znaleźć w każdym numerze, a o dziwo pojawiły się tylko w tej edycji.

Są też felietony, które – patrząc po moim FB – dość powszechnie skrytykowano. Ja jednak z zainteresowaniem przeczytałem te „pierwsze koty za płoty” od ludzi, którzy przed laty dostarczali mi rozrywki. Boję się raczej o to, czy będą potrafili znaleźć tematy do kolejnych numerów, bo pisać potrafią, tylko nie wiem jeszcze, czy mają o czym.

Nie przeszkadza mi layout i kiepsko obrobione screeny, bo grunt, że jest przejrzyście, kompletnie nie przyjmuję krytyki tego, że pismo kosztuje 14,50 zł (naprawdę człowiek po 30-tce ma takie same problemy ze znalezieniem drobnych jak nastolatek?). Mimo krytyki z tego powrotu po latach jestem zadowolony, choć oczekiwałem więcej, a pytającym mnie o „SS” kolegom odpowiadałem, że pierwszy numer będzie zapewne kosmiczny, pytanie co będzie później. Cóż, pierwszy numer kosmiczny nie jest, więc mam nadzieję, że kolejne będą. Poprzeczka wisi dość nisko.

Secret Service

„SS” dorobił się całkiem sporego grona fanów i fanboyów, którzy na najmniejszą krytykę w stronę pisma reagują jakże dojrzałym argumentem pt. „ból dupy”. Z finezją o takim polocie dyskutować trudno, mam więc nadzieję, że tekst da do myślenia tym, którzy przez 20 lat zdołali wyhodować szare komórki. Ja w konstruktywnej krytyce mam interes – zapłaciłem z góry za 6 numerów magazynu, a teraz mam obawy, że nie wszystkie się ukażą i na tym dealu stracę. Wolałbym nie. Jako klient i czytelnik. Panowie, nie zepsujcie kredytu zaufania tylu ludzi.

email

Skomentuj via Facebook