29 rzeczy, którymi zaskoczyła mnie Japonia

„Ileż można odwlekać realizację marzeń?” – powtarzałem sobie to pytanie, usprawiedliwiając zakup biletów do Japonii. Podróż planowałem od lat, ale zawsze było coś ważniejszego do zrobienia. W tym roku postanowiłem jednak odhaczać kolejne życiowe cele i po wydaniu książki przyszła pora na podróż do Kraju Kwitnącej Wiśni, tudzież Wschodzącego Słońca.

A niekiedy zachodzącego, o tak:

Marzenie właściwie od zawsze, jak to u wielu graczy – miłość do cyfrowej japońszczyzny zamieniła się z czasem w fascynację kulturą, naukę języka i próby dostania się na poznańską japonistykę. Lata mijały, Japończycy robią słabsze gry niż kiedyś, ale pamięć o tych najlepszych wciąż pozostaje we mnie silna. A i niezwykły miks kultury i umiejętności odnalezienia się w nowych czasach niezwykle cenię i chciałem zobaczyć na własne oczy.

Mimo pewnej wiedzy na temat Japonii, kraj na każdym kroku potrafi zaskakiwać. Nie będę udawał, że zdziwiły mnie noszone przez Japończyków maseczki chroniące przed zanieczyszczonym powietrzem czy „upychacze” w metrze (choć tych akurat zbyt wielu nie widziałem). Kto choć trochę czytał o Japonii, wie takie rzeczy. Postanowiłem ograniczyć się do tego, co faktycznie mnie zaintrygowało.

Akihabara akurat nie - tam było dokładnie to, czego się spodziewałem, czyli raj dla graczy

Akihabara akurat nie – tam było dokładnie to, czego się spodziewałem, czyli raj dla graczy

1. Nie ma śmietników

Znaleźć śmietnik na ulicy w Tokio? Mission impossible. Papierek, opakowanie po lodzie czy butelkę weź ze sobą. Z tą ostatnią jest jeszcze najmniejszy problem – pojemniki nań (z osobnym otworem na puszki) stoją niekiedy przy automatach na napoje lub w sklepach. Całą resztę trzeba zabrać i posegregować w domu.

Japończycy mają zresztą fioła na punkcie segregacji – pierwszą rzeczą, o której poinformowała mnie dziewczyna wynajmująca mieszkanie, był terminarz odbioru śmieci przez służby porządkowe. W poniedziałki, plastiki (koniecznie umyte), we wtorek papier, w środę rzeczy i piątek rozkładające się, w czwartek coś tam jeszcze. Śmieci wynieść we wskazane miejsce przed ósmą rano.

Psia kupa? Zabrać do domu, wrzucić do ubikacji, woreczek do śmieci. A wdepnąć na ulicy nie sposób, bo…

2. Japończycy nie śmiecą

Mimo braku koszów, mieszkańcy Tokio naprawdę dbają o porządek. Bywało, że przez godzinę żułem gumę, nie bardzo wiedząc, co z nią zrobić. Ale o wypluciu na ulicy nawet nie pomyślałem, bo któryś przechodzień gotów wyjechać mi z karata czy innego tsunami. Tokio jest wręcz sterylnie czyste. Brudnawe robi się wraz ze stężeniem alkoholu we krwi w co bardziej imprezowych dzielnicach, ale na co dzień miasto nie zna śmieci.

3. Automatyzacja

O automatach z napojami już wspomniałem. Dosłownie co kilkanaście kroków, przy sklepach, pod mieszkaniami lub pod płotem, stoi automat, w którym za 100-150 jenów możemy kupić zimne picie – wodę, kawę lub sok. Wrzucamy monetę, wylatuje puszka lub butelka i gotowe.

Wraz z rozwojem technologii zanikają kontakty międzyludzkie i Tokio jest doskonałym przykładem pokazującym kierunek, w którym podąża ten trend. Tu nawet budki parkingowe zlikwidowano, zastępując je specjalnymi progami na miejscach parkingowych, rejestrujących stający na nich samochod – opłatę uiszcza się oczywiście w automacie. Restauracja czy bistro, choćby i tanie – zazwyczaj ma automat, w którym wybieramy sobie danie, płacimy, drukuje nam kwitek i dopiero ten kwitek dajemy sprzedawcy.

Bilety na komunikację kupujemy oczywiście w automatach. „Sieciówki” doładowujemy również tam. Automaty przepuszczają nas przez bramki w metrze.

Z automatami jest ten problem, że wprawdzie większość z nich pozwala włączyć język angielski, ale zazwyczaj nie tłumaczy wówczas wszystkich napisów – w tym tych najistotniejszych. I właśnie dzięki temu kupiłem złe bilety do muzeum Ghibli – na czerwiec zamiast maj.

Ale przynajmniej sobie zobaczyłem z zewnątrz

Ale przynajmniej sobie popatrzyłem z zewnątrz

4. Miasto rośnie pionowo

Japońskie mieszkania to skromne, małe kliteczki. Tokio jest niesamowicie ciasno, nic więc dziwnego, że jeśli się rozbudowuje, to w dół lub w górę. Wiele sklepów, które w Polsce z powodzeniem zmieściłoby się na jednym piętrze, tu jest rozbite na 5 czy 6 pięter, za to każde z nich to często raptem kilkadziesiąt metrów kwadratowych. Jeśli spojrzymy na imponujące architektonicznie sklepy Apple’a czy Louis Vitton w dzielnicy Ginza, to stanie się jasne, że wiele pięter niekoniecznie było przejawem manii wielkości – po prostu wypadało się gdzieś pomieścić, a horyzontalnie się nie dało.

Pionowe bywają też… parkingi – chętny podjeżdża na platformę podnoszącą, a ta już – oczywiście automatycznie – przenosi auto gdzieś w górę, układając w pionie.

5. Kupiłeś bilet na dłuższą trasę, a przejechałeś mniej? Dostaniesz zwrot pieniędzy

W przypadku sieciówki Passmo problemu nie ma, bo odpikiwanie przy wejściu i wyjściu za bramkę załatwia sprawę. Ale przy pojedynczym bilecie rzecz jest istotna. Kupiliśmy bilet za 200 jenów (czyli na 7-11 kilometrów), a przejechaliśmy dwa razy mniej? Przy wyjściu z bramki czekają automaty pozwalające odzyskać pieniądze za nadpłatę.

Teraz wyobraźcie sobie, jak ZTM oddaje drobne za bilety czasowe, gdy zamiast 75 minut przejechaliśmy na przykład 50…

Pobudka!

6. W metrze są specjalne wagony dla kobiet

Naprawdę. Są napisy na wagonach, a na peronie widać specjalne oznaczenia, gdzie należy stanąć, by wejść do takiego wagonu. Tokyo Metro tłumaczy to chęcią uniknięcia, hm, ocieractwa w godzinach szczytu i zapewnienia bezpieczeństwa kobietom i dzieciom. Mężczyźni również mogą takimi wagonami podróżować, pod warunkiem, że mają problemy z poruszaniem się. Prawdopodobnie chodzi o to, że na wózku trudniej się ocierać.

Aha, wszyscy mają w nosie istotę tych wagonów – nie widziałem żadnego, w którym przepis byłby respektowany. Jak na Japończyków to niezłe pogwałcenie przepisów. EDIT: choć jak podpowiada kolega Kuba, trzymają się tej reguły w godzinach szczytu. Szczerze mówiąc nie zauważyłem, ale wierzę na słowo.

7. Japończycy wciąż tych kobiet specjalnie nie szanują

To opinia koleżanki Kasi, która w Japonii mieszka od pewnego czasu. I niezależnie od sytuacji – w pracy czy w rozmowie prywatnej – czuć, że Japończyk traktuje kobietę jako nieco gorsze stworzenie. Przywiązani do tradycji mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni mogli zaadaptować piłkę nożnę czy baseball, ale z normami społecznymi idzie im nieco gorzej.

8. 90% tokijczyków używa w metrze telefonów

Nie, nie rozmawiają (bo to niekulturalne – zasięg mają, to nie Warszawa). Ale namiętnie się w nie wpatrują. Siedzą w internecie, na Fejsie, grają. W liczbie hurtowej.

Tokijskie metro

Tokijskie metro

Widziałem kogoś z książką, trafiło się z 2 osobników z Vitą oraz 3 z 3DS-em, jeden z nich nawet miał dwie sztuki sprzętu, może na wypadek wyładowanej baterii (pewnie dojeżdżał z bardzo daleka i grał w 3D). Ale zdecydowana większość bawi się komórkami. Eksperci od zaniku kontaktu międzyludzkich załamaliby ręce (bo jak powszechnie wiadomo, gdyby komórek nie było, wszyscy by ze sobą rozmawiali, śmiali się i podawali dzieci do chrztu).

9. 95% tokijczyków to chudzielce

Niemal wszyscy chodzący po ulicach Tokio Japończycy są szczupli. I nawet nie to, że z BMI w normie. Po prostu z taką masą ciała, którą wygodnie ze sobą zabierać. Dzięki temu w metrze zazwyczaj wszyscy się mieszczą, potrafią wejść do schodach, a w restauracjach nie zajmują dwóch krzeseł (zjedz to, Ameryko… albo nie, lepiej już nie jedz). Pozostałe 5% albo cierpi na jakąś przykrą chorobę, albo bardzo się starało. Miło na takie społeczeństwo popatrzeć, przyjemnie wśród niego żyć.

Logika podsuwa odpowiedź, że to wina diety, ale to nie tak, że Japończycy jedzą tylko surowe ryby. Wszak ryż (odkryty wcale nie tak dawno, wcześniej służył tylko do konserwacji ryb) i makarony to fura węglowodanów, a akurat pełnoziarniste uświadczyć trudno (mało tradycyjne, a tradycja rzecz święta). Sportu też nie uprawiają, bo nie ma kiedy. Chyba po prostu mało jedzą i mają dobre geny, dzięki czemu stres w pracy raczej ich odchudza, niż pogrubia.

10. Trzęsienia ziemi o mocy 4,5 w skali Richtera można nie poczuć

Co zdarzyło mi się w trakcie podróży metrem. Ludziom nagle rozdzwoniły się telefony (automatyczne powiadomienie o zagrożeniu), zrobiło się nerwowo, ale bez paniki. Życie toczyło się dalej swoim tempem, a o tym, co faktycznie się stało, dowiedziałem się później od kolegi, który w Tokio mieszka od lat i takiego trzęsienia nie pamięta. W wieżowcach ponoć kołysało.

I to jest to ryzyko, które niesie ze sobą mieszkanie w KKW. W tym wręcz absurdalnie bezpiecznym kraju istnieje pewne prawdopodobieństwo katastrofy. Na drzwiach w łazience w wynajmowanym mieszkaniu wisiała wielka instrukcja z mapą pokazującą 50 schronów w okolicy i informacjami, jak postępować. I to nie tylko w bezpośrednim obliczu zagrożenia, ale na co dzień – co miesiąc organizować spotkania z rodziną i wyznaczać cele dla najbliższych (kto ma dbać o żywność, kto o świece etc.), gdzie dzwonić, by poinformować o miejscu pobytu i tak dalej. Duży poziom szczegółowości. A gdy niedawno w Warszawie odezwały się syreny alarmowe, nikt nie miał pojęcia, co to oznacza. To akurat były ćwiczenia, ale gdyby miało się wydarzyć coś groźnego, nie mielibyśmy pojęcia co robić. Japończycy wiedzą.

11. Tak poza tym to zupełnie bezpieczny kraj

Nigdzie na świecie nie czułem się tak bezpiecznie – nie bojąc się o portfel, plecak czy własną skórę, czy też wracając nocą przez miasto. Mało kto przypina rower. Nikt nie zaczepia, pijani Japończycy skupiają się raczej na próbach zachowania równowagi niż nawiązania agresywnego dialogu, a butelkami na ulicach nikt nie rzuca. Nawet mimo faktu, że trudno je gdzieś wyrzucić.

Niemniej…

12. Japońscy rowerzyści są szaleni

Obok trzęsienia ziemi i możliwości zgubienia bagażu przez linie lotnicze, to jedyny powód, by przed wylądowaniem w Japonii kupić ubezpieczenie. Japończycy na rowerach to absolutni szaleńcy. Gnają na złamanie karku w dół ruchliwymi ulicami lub chodnikiem, nie przepraszają ani nie dzwonią, nie sygnalizują zmiany pasa. Najgorsze, że mało który nosi kask, a po zmroku niewielu używa lamp.

W Tokio nie zauważyłem dróg rowerowych, są za to pasy rowerowe przy przejściach dla pieszych – kompletnie niepotrzebne, bo lekceważone i przez rowerzystów, i pieszych.

Szczytem szaleństwa była matka z dwójką dzieci gnająca w dół Ome-dori, ulicy, którą codziennie szedłem na metro – jedno na foteliku z tyłu, drugie… w chuście na klatce piersiowej. Oczywiście nikt z całej trójki nie miał kasku.

Śpieszmy się cenić własne nawyki rowerowe, pod tym kątem jesteśmy dla Japończyków zaawansowaną cywilizacją.

13. Nie sposób znaleźć adresu

Skoro wiele ulic nie ma nawet nazw, to jak znaleźć właściwy adres? W kompletnie nieintuicyjnym podziale można znaleźć dzielnicę lub mniejsze części administracyjne, okręg miejski, kwartał oraz numer domu. Przy tym systemie sporo grzebano i jego najnowsze wcielenie nie obejmuje całego kraju, więc można się pogubić. I to nie jest tylko perspektywa gaijina-turysty – taksówkarze płaczą, nie mogąc dowieźć klienta na miejsce, a na spotkanie umawia się raczej przy punktach charakterystycznych, zamiast pod konkretnym adresem.

14. Wszędzie łatwo się trafia

Wbrew powyższemu. Mowa oczywiście o atrakcjach turystycznych, stacjach metra czy sklepach, nie zaś mieszkaniach prywatnych w mało popularnych dzielnicach. Wystarczy wiedza, gdzie aktualnie znajduje się północ, by nie zagubić się w popularnych miejscach. Tam nie brakuje ulicznych map ułatwiających orientację w terenie.

Zresztą spójrzcie na tę mapę z łazienki. Szczęśliwie uniknąłem zagubienia się wśród trzech pisuarów i dwóch umywalek.

jap_odaiba0045

15. Hydranty nie wystają z ziemi

Ani tym bardziej ze środka chodnika. Są elegancko schowane, a o ich położeniu informuje elegancki znak.

16. Foteliki dla dzieci nawet w toalecie

Ba, również w męskich. Świetna rzecz, aż dziw, że w ulubionych miejscach spędzania czasu w naszym kraju – galeriach handlowych – nikt na to nie wpadł.

17. Japończycy są strasznie uprzejmi. Przynajmniej niektórzy

Sprzedawcy są uśmiechnięci, kłaniają się, resztę wydają na dwóch dłoniach, trzymając niczym monstrancję. Na co dzień tworzą jednak wrażenie chłodnych i zdystansowanych. I to nie tylko do gaijinów, ale i siebie nawzajem, co zaobserwowałem w różnych sytuacjach.

Nasłuchałem się też opowieści, jak to są gotowi doprowadzić turystę na drugi koniec miasta, byle mu pomóc. Nie miałem zamiaru nadużywać tego perka, ale nie miałem wyjścia zagubiony w Shinjuku, próbując wrócić do domu. Przyjazdy tubylec gotów był jednak skierować mnie w zupełnie inną stronę Tokio, na szczęście w porę się opamiętałem, w czym pomógł mi potwornie drogi internet w komórce.

18. W Tokio można być przeźroczystym

Zwłaszcza jak się jest cudzoziemcem, na dodatek przewyższającym tubylców o głowę. Zagaić bali się nawet ulotkowicze, a najdłuższe strzepywanie z siebie natrętów zafundowali mi (niezależnie od siebie) dwaj czarnoskórzy klubowi naganiacze, którzy w środku nocy w Shibuyi nie mogli uwierzyć, że ktoś chce iść spać, przeszli ze mną ze 100 metrów zagadując, a potem klejąc piątkę i życzyć dobrych snów. Zupełnie jak w Los Angeles.

Shinjuku

Shinjuku

19. Tokio miastem seksu? Chyba w głowie Agnieszki Szulim

Serio, nie zauważyłem, by mężczyźni nie mogli się powstrzymać przed zaglądaniem pod sukienki uczennic, nie namierzyłem też mitycznych zużytych majtek w automatach. Na Akihabarze co rusz wpadałem za to na tzw. Maid Cafe, w których kelnerują dziewczęta w fartuszkach i pończoszkach, w różnych miejscach tkwią przybytki, w których panowie oddają się samoczynnej rozkoszy z wykorzystaniem hentaiów (porno anime), zaś w Kabukicho nie brakuje domów publicznych.

Maid Cafe

Maid Cafe

Aha, była jeszcze ta świetna knajpa w więziennym stylu, w której Krzysiek Gonciarz pił drinka z penisem, a kelnerzy przy wyjściu koniecznie chcieli mi wykręcić sutki. Ale obawiam się, że tak czy siak wyprawa do Hamburga przyniosłaby Agnieszce Szulim więcej ciekawych materiałów. Problem w tym, że wtedy trudno byłoby tak bezczelnie ściemnić widzów TVN-u.

20. Japonia wcale nie jest droga

Przynajmniej gdy nie wynajmuje się mieszkania i nie podróżuje po niej. Dwutygodniowy bilet na podróże pociągiem po KKW to aż 340 euro, więc zakup ma sens wyłącznie przy faktycznej chęci zwiedzenia kraju. Ale i podróż w obrębie Tokio do tanich nie należy. Najtańszy bilet to ok. 4,50 zł. Zdarzało mi się dziennie wydać na bilety ponad 30 złotych.

Jest za to tanio – tak jak w Polsce lub taniej – jeśli chodzi o jedzenie, knajpy i alkohol. Zaopatrywałem się głównie w sklepie 100-jenowym, gdzie za 3 złote mogłem kupić takie rzeczy, jak litrowa woda, makaron z sosem na tacce, mięso z ryżem czy mrożoną kawę. O ile w polskich marketach nie jest trudno znaleźć przeterminowaną żywność, w tych tokijskich rzeczy, których termin przydatności do spożycia upływa za 24 godziny, można kupić nawet i 5 razy taniej! Kolacja za 60 groszy? Been there, done that.

Mniam!

Mniam!

W znajdujących się co krok lokalach jest równie tanio. Apetyt można zaspokoić już za 500 jenów (15 złotych) jakimś ramenem, a za 700-800 jenów najeść się do syta curry z ryżem i/lub makaronem czy zapiekanymi kawałkami kurczaka. Genialne (i duże) sushi w Tsukiji, gdzie znajduje się największy na świecie targ rybny, kosztowało mnie jakieś 50 złotych.

A dodam jeszcze, że w przeciwieństwie do Europy, w tym i Polski, gdzie restauratorzy zbijają na nas kasę żądając 8 złotych za Kroplę Beskidu 0,2 l, w Tokio wodę dostajemy na starcie i dolewamy jej sobie sami kiedy najdzie nas na to ochota.

21. Taksówki mają lusterka na masce

Kto im zabroni?

22. Mają sklep Coca-Coli

Szczytowe osiągnięcie korporacji, które przekonały szarych ludzi, że warto nosić ich symbole reklamowe w różnych miejscach i jeszcze za to płacić.

23. W Tokio można kupić absolutnie wszystko

Nie martw się, że nie zjesz chleba, ziemniaków czy marchwi. Zjesz wszystko to, co w Polsce, i dużo więcej. A i kupisz znacznie więcej różnych rzeczy. W sklepie z ciuchami dla psów na Odaibie możesz odpłynąć zupełnie, choćby zaopatrując pupila we wdzianka reprezentacji Japonii w piłce nożnej.

24. Gry są nawet w pisuarach

Wygrywa ten, kto celniej i więcej sika.

25. Nie trzeba znać japońskiego

A Japończycy wcale nie są tacy kiepscy w posługiwaniu się angielskim. Nauka japońskiego nie poszła w las i nie miałem problemu z zapytaniem o drogę czy o coś, co chciałem kupić, ale przy bardziej złożonych tematach nieodzowny okazywał się angielski. I tu było całkiem nieźle. A najbardziej zaskoczył mnie fakt, że najlepszą wymową posługiwali się staruszkowie – jeden 60-letni pan bez śladu akcentu poinformował mnie sam z siebie, że powinienem zmienić pociąg jeśli chcę dotrzeć do Asakusy, z drugim – ponad 70-letnim – miło pogadałem w samolocie w drodze powrotnej.

26. W lokalach też nie, bo jedzenie ci pokażą

Praktycznie przed każdą tokijską restauracją znajduje się menu w postaci zdjęć potraw i ceną. Nie na wszystkich znajdziemy angielski opis, ale wszak kupujemy wzrokowo i wzrokiem też jemy, dlatego zazwyczaj w zupełności to wystarczy. Niektóre lokale idą dalej i każdą z obecnych w menu potraw wystawiają w witrynie – żadna tam atrapa, ale faktycznie przygotowane, świeże żarełko. Że im się chce… Ale to działa – dostaniemy dokładnie to, co widzimy.

27. A najlepiej i tak jest na uliczce żywcem wyjętej z Blade Runnera

Trudno ją znaleźć, bo jest wpasowana gdzieś między najruchliwszy dworzec świata Shinjuku a ciągnącą się wzdłuż niego arterię. Ale gdy już się tam dotrze, można poczuć się niczym Rick Deckard w „Łowcy androidów”. Wąskie alejki toną w dymie – papierosowym i z grilla, bo zjeść tam można w zasadzie jedynie yakitori, szaszłyki z różnych części kurczaka. Knajpki są tak małe, że w niektórych ledwie mieści się 5 osób, zazwyczaj salary manów z już poluzowanymi krawatami, siedzącymi głowa przy głowie na niewielkich stołkach i czekających, aż obsłuży ich uwijający się jak w ukropie spocony kucharz. Poczekać na miejsce (nie zawsze jest wolne) to wręcz obowiązek, bo klimatu to miejsce ma aż nadto.

Yakitori street

Yakitori street

28. Jak hotdog, to z makaronem

Jak widać

Jak widać

29. Tokio jest dokładnie tym, czego oczekiwałem

Wiele miejsc na świecie zaskakuje negatywnie. Na pierwszym miejscu w moim niechlubnym rankingu jest Los Angeles, któremu Hollywood zrobiło niesamowity PR, obiecując agentów filmowych na każdym roku, ekskluzywny Hollywood Boulevard i panie w bikini na rolkach przy plaży w Santa Monica. Na miejscu okazuje się, że Hollywood Boulevard to taki bardziej betonowy chodnik z gwiazdami w Międzyzdrojach, a w Santa Monica nie ma rolkarek, za to na pięknym trawniku chmarami zalegają bezdomni.

A Tokio jest dokładnie takie, jak sobie je wyobrażałem – szybkie, dynamicznie, zatłoczone, z przecinającymi się wzajemnie przejściami dla pieszych i uderzającym z wielkich telebimów j-popem, szanujące korzenie i kulturę. Z chęcią wrócę po więcej.

Targ w Asakusie

Targ w Asakusie

To nie koniec wpisów o Tokio. Polub Open Betę na Fejsie, by nie przegapić kolejnych

Interesują Cię dzieje polskich gier? Polecam swoją książkę :)

email

Skomentuj via Facebook