15 lat wariatkowa. Najlepszego, PSX Extreme!

piątek, Wrzesień 21, 2012 , , , Link 0

Z PSX Extreme jestem związany przez ponad połowę mojego świadomego życia, wraz z magazynem dorastałem, mądrzałem, wspólnie nabieraliśmy odpowiedzialności. Nieodłącznie wiąże się z tymi mitycznymi „starymi, dobrymi czasami”, kiedy życie było łatwiejsze (tak myślimy teraz), a czasu na granie zawsze było za mało i „nagramy się gdy będziemy dorośli” (tak myśleliśmy wtedy). PE przeżyło wiele pism, rządów i premierów. Dożyło wieku sędziwego w trudnych czasach, podczas gdy giganci upadali w czasach dla prasy nieporównywalnie łatwiejszych – by wspomnieć Gamblera, Secret Service czy Reset. Dziś wiekowością dorównuje mu jedynie CD Action, z którym łączy go archaiczny, nieprzystający do obecnych czasów tytuł. Ojcowie-założyciele nie mogli się spodziewać, że ich latorośle o tyle lat przeżyją poczciwego PSX-a i format CD…

Okładka 181. numeru PE. W czasach, gdy cover jest tak łakomym kąskiem dla dystrybutorów i wydawców, jubileuszowa grafika zasługuje na uznanie

W 1997 roku rynek gier w Polsce był inny. W zasadzie można powiedzieć, że nie było go w ogóle, przynajmniej jeśli chodzi o konsole. Rynek PC zdążył okrzepnąć, dystrybutorzy rozdali między siebie karty i wydawali największe hity równolegle z Zachodem. Gry na PSX-a również lądowały w ich ofertach, najczęściej z wyjściową ceną 249 zł, a na ich lokalizację przychodziło czekać długie lata.

To były dzikie czasy. I trwały bardzo długo po tym 1997 roku. Trwały w latach 90., gdy pewna pani w Sony Poland powiedziała redaktorom pewnego magazynu, że owszem, może im udostępniać gry do recenzji, ale pod warunkiem, że za każdą stronę recenzji dostanie stronę reklamy. Trwały w 2000 roku, gdy PlayStation 2 trafiło do Polski w oficjalnej cenie 2700 złotych. Trwały przez krótki żywot pierwszego Xboksa, do którego Microsoft ani myślał się przyznać, a gdy wreszcie to zrobił przy okazji Xboksa 360, to i tak było to rok po światowej premierze. Te czasy trwają poniekąd do dzisiaj, bo Polskę wciąż lekceważy Nintendo, nie rozumiejąc, że u nas trzeba się pojawić, by przekonać ludzi do swoich gier.

W tym całym bałaganie pewne było to, że co 30 dni w kioskach pojawi się PSX Extreme. No, może „pewne” to za duże słowo. Legendarne zawalanie terminów przez redaktorów nie było nawet w części naciągane. Bywało, że drukarnia czekała na plik z pismem, a redakcja szukała autora, który gdzieś się zagubił. Bywało, że drukarnia naliczała srogie kary za takie harce.

Wszystko to budowało niezwykły klimat. Gdy składowi wpadało do głowy, że warto w całym numerze na losowych stronach poumieszczać zdjęcia chomików, po prostu to robił. Rzecz dziś nie do pomyślenia – Ściera, Aju i HIV publikowali w piśmie numery swoich komórek, by czytelnik mógł do nich zadzwonić i pogadać w dowolnej sprawie. W redakcji nie było drzwi zamkniętych – fani wpadali o dowolnej porze dnia i nocy, przyglądali się pracy redakcji, grali w to, w co akurat w redakcji się grało. Wraz z profesjonalizacją (hyhy) pracy ogłosiliśmy, że odwiedzin jest za dużo, więc przepustką będzie złocisty trunek. Jak łatwo się domyślić, to tylko pogorszyło sprawę (lub też polepszyło, zależy jak na to spojrzeć), w każdym razie bywało bardzo wesoło.

To były też czasy szalonych czytelników. Gdy na świeżo otwartym forum PE poprosiłem o pomoc w sprawie przejścia Sheep, Dog’n’Wolf (robiłem solucję, profeska), kilka dni później w redakcji wylądowała paczka. W środku znalazłem kasetę wideo z nagranym opisem przejścia, plik kartek ze szczegółową opisaną procedurą, a nawet kasetę magnetofonową, na której koleżka śląską gwarą opisywał krok po kroku, co robić. Słuchałem i słuchałem, bo trudno było zrozumieć. Autor wpadł potem do redakcji (oczywiście z „biletem wstępu”) i szybko został przyjacielem PE, a potem jednym z założycieli Sceny ISS (później PES) w Polsce. Organizował turnieje w tę kultowę kopankę i zawsze pomagał, gdy była potrzeba. GOPA – pozdro chłopie!

Na forum od lat pojawiają się opinie, że „PE nie jest już takie jak kiedyś”. Pojawiają się w zasadzie od 10 lat, więc zdążyliśmy się przyzwyczaić. Czytelnicy mają rację, ale i oni się zmienili. Kiedyś na forum pojawiały się posty recenzujące nowy numer strona po stronie, listów przychodziły setki, o wkładzie takim jak ten GOPY nie wspominam. Dziś opinie o nowym numerze dostarczają redakcji raczej skromną wiedzę o tym, co poprawić, a maili jest mniej niż kiedyś listów. Game Informer wciąż drukuje rysunki czytelników, do PE już w zasadzie takie nie docierają. A pismo zawsze było mocne mocą czytelników. I naprawdę zdrowo szurniętego składu.

Znamienne, że ze wszystkich magazynów na rynku właśnie te growe postawiły na kult jednostki. Począwszy od Top Secret, przez Gamblera i Secret Service, rodzime pisma zawsze były blisko czytelnika i otwierały się na niego. Fani znali autorów nie tylko z wyglądu, ale i upodobań growych. Wiedzieli, czego się po autorach spodziewać. PSX Extreme poszło nawet dalej w tym kierunku, wiele stron zawłaszczając dla zg(Red.)ów właśnie – z Hyde Parkiem na czele. HP wystartowało po cichu, z redaktorami karnie opisującymi trzy najlepsze gry miesiąca, ale szybko zamieniło się w festyn kwiecistych wypowiedzi, komentarzy na temat życia i relacji z imprez takich i owakich. To właśnie HP pozwolił autorom PE zdobyć status kumpli, których wprawdzie nie zna się osobiście, ale wie, do czego są zdolni. Że Star uwielbia tabelki w RPG-ach, HIV ma fioła na punkcie deski rozdzielczej w samochodzie, Mutti wie o Tekkenie więcej od innych, bo trenuje capoeirę, a Loki sfiksował na punkcie Densha de Go, bo od lat interesuje się kolejnictwem.

Po wielu latach ten indywidualizm wyszedł PE bokiem. Z Neo Plus kolejni czołowi autorzy znikali bez słowa. OG, Wicik, Joseph, Brat, Matt, qsh czy Banan odchodzili nagle – ot, w jednym numerze byli, w kolejnym już nie. Czytelnicy niespecjalnie zawracali sobie tym głowę, nie pytali co się stało, nie pisali petycji o przywrócenie ludzi, którzy jeszcze miesiąc temu zapełniali tekstami pismo w jednej trzeciej. Taki model z czasem okazał się wygodny, być może sprawdził się lepiej. PE lans odbija się czkawką cały czas. Ortodoksyjni czytelnicy wciąż domagają się szczegółów towarzyszących odejściu osób, których w piśmie nie ma od lat, jednocześnie odmawiając statusu „tru redaktorów” chłopakom, którzy są w PE nawet i od ponad 80 numerów.

W tym 1997 roku wystarczyły 3-4 numery, by PE obrosło kultem również w oczach 14-letniego dzieciaka z Poznania. Jako że o grach pisałem od małego, szybko zacząłem zarzucać swoimi pomysłami redakcję PE. W zasadzie, nie licząc wydrukowanego rysunku, bez większego powodzenia, czemu w sumie trudno się dziwić. Słałem dwa listy miesięcznie, wypchane zapisanymi ręcznie kartami papieru, „recenzjami”. Pewnego dnia zadzwoniłem pod numer HIV’a opublikowany w PE. Na szczęście nie odebrał – po latach śmialiśmy się z tego, obaj pewni, że spławiłby mnie bez mrugnięcia okiem. Dodzwoniłem się za to do Ściery, z którym rozmowa była rzeczowa. Czekał na nowe pomysły i nie zamykał drzwi. Dostałem wiatru w żagle i słałem nawet po 3 koperty miesięcznie pełne propozycji nowych rubryk i działów. Któraś wreszcie chwyciła, o czym powiadomił mnie Ściera telefonicznie. W trakcie rozmowy po raz pierwszy i ostatni raz w życiu oblał mnie zimny pot. Mój tekst będzie w PE – nie mogłem w to uwierzyć.

Oczywiście pisałem trochę „po wiejsku”, wpasowując się w styl obowiązujący na łamach. Miałem jednak sporo czasu, by się nauczyć. Wtedy byłem najmłodszy w redakcji… i zostało mi to do dzisiaj. Nie licząc 1-2 kolegów młodszych o kilka miesięcy, nie ma w PE świeżego, młodego narybku. Przez te kilkanaście lat średnia wieku w PE skoczyła chyba właśnie o te kilkanaście lat. Ale o braku dopływu świeżej krwi w polskich mediach napiszę kiedy indziej.

Przebijałem się długo i mozolnie, cierpliwie podróżując do redakcji co miesiąc pociągiem (pierwsza podróż samochodem skończyła się dachowaniem i kasacją auta) i zalegając na weekend na redakcyjnej kanapie. Ileż oni mieli gier! A ile konsol! Siedziałem i grałem, sępiąc chociaż „trzygroszówki”, z czasem krótkie recenzje. To były piękne czasy. Obsługi komputera i internetu też uczyłem się w redakcji, bo na własnego kompa musiałem jeszcze poczekać. Na początku używałem wyszukiwarki Yahoo…

W PE nie było potrzeby naginania faktów w barwnych relacjach z wyjazdów na growe imprezy. Jakoś tak się działo, że przytrafiały nam się dziwne przygody, często wynikające z ignorancji albo dyskusyjnej odpowiedzialności. Po jednym z samochodowych wyjazdów na ECTS, gdy Polska nie była jeszcze w UE, opuszczając Wielką Brytanią jakoś tak wjechało nam się do bramki dla aut z Unii Europejskiej. Odnotowując ze zdziwieniem brak celnika Norby ruszył z kopyta dociskając gaz, gdyby jednak komuś przyszło do głowy nas zatrzymać. W kolejnych latach, wiecznie spóźnieni na samolot, korzystaliśmy z Myszaqa, który mijał ogonek do check-inu i podchodził do okienka z tekstem „Bo jesteśmy z mediów”.

Jeśli spojrzymy wokół i zastanowimy się nad tym, co się zmieniło na świecie przez te 15 lat, to dojdziemy do wniosku, że PE wcale nie zmieniło się tak bardzo. Wciąż jest magazynem o grach tworzonych przez zapaleńców, który wystawia oceny w skali 1-10. Wraz z wiekiem skłonność do robienia głupich rzeczy może i nie zanika, ale po prostu brakuje na nią czasu, bo pojawiają się obowiązki. Technologia – internet, smartfony – pozwala więcej rzeczy załatwiać zdalnie, nie ma potrzeby jechać do redakcji z drugiego końca Polski, by ściągnąć screeny do recenzowanej gry. Notabene ściąganie screenów też się mocno zmieniło, kiedyś trzeba było resetować konsolę po złapaniu każdej klatki, sic…

Również ja musiałem w pewnym momencie powiedzieć dość. W papierze nie czekały już wyzwania. Zdążyłem spełnić każde marzenie dzieciaka wysyłającego do Katowic pękate koperty. Od napisania recenzji ważnej gry na więcej niż dwie strony, przez stałą comiesięczną pracę związaną z pisaniem o grach, po wyjazd na ECTS i ten najbardziej wymarzony – na E3. Dalsze wyzwania kryły się w internecie i z ekipą Gamezilli codziennie stawiamy im czoła. Odszedłem w momencie, gdy w PE zaczynały się zmiany, ale nie przekonała mnie oferowana funkcja zastępcy redaktora naczelnego. 10 lat po pierwszym opublikowanym tekście w piśmie – to był dobry moment na zmianę statku.

Nie wiem, co robiłbym teraz gdyby nie PE, nie wiem, co by się stało, gdyby moje pękate koperty zainteresowały nie Ścierę, a Gulasha (a co, Neo Plusy też zbierałem od początku i mam je wszystkie, chciałem pisać o grach – nieważne gdzie). Wszystko w życiu dzieje się po coś, więc prawdopodobnie miałem wyrosnąć na lekko zwichrowaną jednostkę. PE wciąż trwa, wbrew zmieniającym się czasom i trwającej corridzie na rynku prasowym. 15 lat pięknej historii i najlepszych wspomnień. Byle do 25-lecia!

email

Skomentuj via Facebook